Momencik

Czekaj na odpowiedź servera..

Uwaga

  

Forum Margonem > Poradniki i inne pomoce > Historia Margonem

[zamknięty] [Przeszukaj temat] [Dodaj do ulubionych]
Koniec strony Strona: [1]

Xentis

2841291
1548
W tym temacie prezentujemy historię krainy, w jakiej toczy się gra. Będzie można tutaj znaleźć ogólne informacje dotyczące powstania pierwszych miast, losów wczesnych osadników i innych ważnych wydarzeń dla mieszkańców Margonem. Wyjaśni się też skąd biorą się stwory, z którymi dzielni poszukiwacze przygód walczą, jak powstały mniejsze miejsca i ruiny.
Postaramy się też zamieszczać mapy i szkice, które pomogą jeszcze lepiej zrozumieć sytuację geopolityczną całego regionu i wyjaśnimy z jakimi krainami sąsiaduje Margonem.

Spis treści

1. Zarys dziejów Margonem - http://www.margonem.pl/?task=forum&show=posts&id=154792&ps=0#post4896096
2. Z dzienników Vertigo - Tuzmer - http://www.margonem.pl/?task=forum&show=posts&id=154792&ps=0#post5987253
3. Powstanie smoków i mitycznych bestii - http://www.margonem.pl/?task=forum&show=posts&id=154792&ps=0#post6887894
Edytowany 14:08:08 3.3.2010 przez Xentis
2009.09.02 08:07:02
Ocena: 5
cytuj | ID:4896001 |

Xentis

2841291
1548
Zarys dziejów Margonem


To było naprawdę gorące popołudnie. Wiatr miotał kurzem z traktu wprost w okna karczmy, ale w drewnianym budynku panował przyjemny chłód. Kilka osób siedziało przy ławach i szynku leniwie sącząc piwo z drewnianych kufli. W samym rogu ciemnej karczmy, przy stole, oparty o ścianę drzemał starzec. Jego skóra była pomarszczona i sucha. Długa, siwa broda spływała mu na chudą pierś. Pobrużdżone czoło świadczyło o wielu przejściach i wynikającym z nich ogromnym doświadczeniu. Wśród ogólnej atmosfery ospałości i marazmu nagle otworzyły się drzwi. Kilka osób siedzących przy szynku zasłoniło dłonią oczy chroniąc je od blasku i klnąc przy tym pod nosem. Do pomieszczenia wtargnęło rozgrzane powietrze, a po podłodze potoczyły się ziarna piasku. W drzwiach pojawiła się sylwetka młodego człowieka. Zdjął kapelusz strzepując z niego pył, potem otrząsnął płaszcz.
- Zamykaj drzwi! Nie jesteś w jaskini! – krzyknął karczmarz, na co przybysz trzasnął podwojami. Podróżny rozejrzał się po pomieszczeniu, podszedł do kontuaru, a jego buty stukały obcasami o drewnianą podłogę i pobrzękiwały ostrogami.
- Co podać? – spytał karczmarz wycierając ręce w swój, bynajmniej nie pierwszej czystości, fartuch.
- Piwa karczmarzu! Srogo zmęczon jestem, mam nadzieję, że sprzedajecie tu przedni trunek, a nie tak rozwodniony, jak to bywało w karczmach, które mijałem dotąd – krzyknął podróżny uderzając dłonią w blat – Napojcie też i oporządźcie mego konia, a obroku mu nie żałujcie! Niech chłopiec stajenny wyczyści jego sierść z pyłu. - Mężczyzna wyprostował się i rozejrzał jeszcze raz, strzepnął niewidzialny pył z ramienia i z sakiewki wyciągnął kilka srebrnych monet:
- A oto zapłata – karczmarz skwapliwie pozbierał monety i schował do kieszeni fartucha.
- Nepfis smyku, leć no szybko, zaprowadź konia tego pana do stajni, a raźno! – zakomenderował i wskazał drzwi dwunastoletniemu chłopcu swoją ogromną, jak bochen, pięścią.

W rogu karczmy ów siwobrody starzec kaszlnął i otworzył oczy, zaczął szukać dłonią swojego kostura, a gdy go znalazł ujął go mocno i postawił przed sobą. Oparł na nim splecione ręce i swój podbródek.
- O nie! Grefas się obudził! Znowu będzie gderał, jak zwykle. Nigdzie nie można znaleźć chwili spokoju… W domu też pewnie moja żona będzie wrzeszczała, gdzie byłem tak długo, ech...– barczysty mężczyzna wstał od szynku, przeciągnął i naburmuszył się, po czym ruszył w stronę drzwi. Ostre światło zalało pomieszczenie, starzec zmrużył oczy i zauważył nowo przybyłego:
- Witaj młodzieńcze, nigdy nie widziałem cię w tych stronach, ale przypominasz mi mojego starego przyjaciela, w jego najlepszych latach... – oblicze starca przybrało bardzo łagodny wyraz.
- W końcu spotykam kogoś ciekawego, dziadku, napijesz się czegoś? – młodzieniec wskazał ręką beczki widoczne na zapleczu karczmy.
Twarz starca rozpromieniła się, a przybysz skinął na karczmarza. Po chwili młodzieniec już niósł dwa kufle chłodnego, złocistego trunku z białą pianą. Usiadł naprzeciwko Grefasa stawiając przed nim jego piwo:
- Pierwszy raz jestem w tych stronach, opowiedz mi starcze coś o tej krainie, bo wyglądasz mi na nie lada mędrca – powiedział wędrowiec.
Starzec odstawił kostur, przyjrzał się swoimi jasnymi oczyma mężczyźnie i odpowiedział:
- Najpierw ugaszę pragnienie, bo zupełnie zaschło mi w gardle – mówiąc to zatopił swoje wargi w piwie i pociągnął łapczywie kilka łyków – Pozwól, że zacznę moją opowieść, a żeś zacny nie pominę niczego. Będę nazywał cię Przybyszem... – starzec wykonał zaskakująco stanowczy ruch ręką, na co wędrowiec zamilkł i zamknął otwarte usta – w Margonem trzeba zasłużyć na imię, jesteś jeszcze młody… Pewnie nieraz ludzie usłyszą o tobie. Odnajdziesz sam swoje imię, bo każdy je posiada od urodzenia i zna jego brzmienie, ale nie potrafi go nazwać – Grefas odchrząknął i znów spojrzał z uśmiechem – Nigdzie nam się nie śpieszy, prawda?

A to było tak:
„Na początku Margonem była dziewiczym terenem usianym przez potężne dąbrowy, nagie skały rozdzierające ziemię, pełnym leśnych duchów i zwierząt. Dla pierwszych osadników ta kraina wydała się mlekiem i miodem płynąca. W lasach bez kłopotów można było upolować zwierzynę, lata były przyjemnie ciepłe, a niskie, płaskie dna dolin pozwalały na uprawę zbóż i warzyw. Najgorsze były jednak zimy. Mróz skuwał nawet niżej położone tereny pomimo ich specyficznego mikroklimatu, a wszystkie górskie przełęcze były całkowicie zasypane. Tylko szaleniec poważyłby się wtedy na ich przejście. W drewnianych chatach, przysypanych zwałami śniegu pierwsi osadnicy prowadzili całkiem odizolowane życie, kształtując charakterystyczną sztukę, rzemiosło i sposób myślenia.

Pierwsi ludzie wybudowali swoje domostwa na północ od Thuzal. Udzielali pomocy napływającym podróżnym i zawsze odnosili się z wielką sympatią do obcokrajowców. Przeżyli kilkanaście zim, po czym pewnej mroźnej nocy ich chaty przysypała potężna lawina. Podobno do dziś można zauważyć miejsca, w których stały chaty, a może są to pozostałości innych budowli? Pewnie nigdy już się nie dowiemy. Pomimo tej tragedii ludzie wciąż napływali do Margonem z ciepłego południa i osiedlali się w coraz to nowych miejscach. Powoli powstawały mniejsze społeczności. Karczowano lasy pod pola i zaczęto drążyć w okalających górach. Niezbędne narzędzia i produkty wciąż jeszcze były sprowadzane z południowego-wschodu, z Elancji i Hironii, ale powoli prostsze rzeczy wykonywano już na miejscu. Powstawały pierwsze kuźnie, warsztaty rzemieślnicze i kopalnie. Najszybciej rozwinęły się Tuzmer i Nithal. Ich wioski pierwsze zostały otoczone drewnianą palisadą, by chroniła mieszkańców przed dzikimi zwierzętami i zbójcami. W tych miejscach zaczęto odlewać pierwsze wyroby z żelaza i budować dwukondygnacyjne budynki. Cały czas powstawały dalsze osady, ludzie wdzierali się dalej w głąb Margonem. Powstały Thuzal i Eder. Już nie trzeba było sprowadzać drogich materiałów na wozach z daleka, większość rzemieślników i inżynierów była nie dalej niż dwa dni podróży konno. Mieszkańcy uprawiali ziemię i wypasali bydło na górskich halach. Margonem zaczęli interesować się kupcy. Początkowo byli to tylko obwoźni handlarze, którzy przywozili towary z południa do wsi, tam rozstawiali swoje kramy i po tygodniu powracali, by zakupić nowe rzeczy. Sprzedawali głównie szklane paciorki, zabawki, kolorowe wstążki i barwione materiały. Szczególną popularnością cieszyły się skórzane buty, których wartość ludzie mieszkający w górzystych terenach potrafili docenić.

Po pewnym czasie Margonem zostało odkryte przez zamożnych kupców, jako nowy rynek zbytu. Zaczęli zakładać swoje filie w miastach, które potrafiły zapewnić im i ich towarom bezpieczeństwo. Obok sklepów powstawały składy towarowe, w których można było znaleźć bardzo egzotyczne i bardzo drogie rzeczy. Kupcy podróżując coraz dalej na północ odkryli bardzo dogodny szlak do transportu bursztynu, jedwabiu i przypraw korzennych, które były przywożone statkami do rozrastającego się portu Tuzmer. Przez Margonem kupcy mogli wygodnie ominąć wysokie, lodowe góry Terek-Hrabeth i zalać swoimi towarami daleką, bogacącą się północ nie narażając się na wojowniczych koczowników z pustyni Ramenoru. Gildia Kupiecka zaczęła namawiać ludzi, by tworzyli osady wysunięte coraz dalej na północ roztaczając przed nimi wizję zysków, obiecując budowanie garnizonów i wspomaganie tamtejszych nowo powstałych społeczeństw. W ten sposób na świat przyszły: Ithan i Torneg, a istniejące Eder zyskało na znaczeniu. W miastach tych szybko skarbce wypełniły się złotem dzięki oferowaniu ochrony kupcom lub nakładaniu na nich niewielkich ceł. Można było spotkać tam koszary, rozbudowaną sieć magazynów i karczem, w których podróżni mogli liczyć na jadło i wygodne posłanie. Ithan było pierwszą osadą, która wzniosła kamienne mury, przez co zaczęto nazywać ją – miastem. Natomiast Eder popadło w niełaskę i to nie tylko dlatego, że na przełęczy prowadzącej z Thuzal do Eder rozpanoszyli się rozbójnicy. Dodatkowo burmistrz nałożył na kupców horrendalne cła. Osada zaczęło podupadać, choć złota w niej nie brakowało. Upadek tego miasta zaznaczał się w sferze moralnej, coraz bardziej podejrzane typy zaczęły się w nim pokazywać. Po jakimś czasie swój pierwszy nieoficjalny oddział w Eder otworzyła Gildia Złodziei. Cześć kupców preferowała wschodni szlak przez Nithal i Eder wprost do Torneg. Jednak, gdy Eder zmieniło się w osadę wyjętych spod prawa, żadna większa wyprawa nie ośmieliła się ruszyć tamtym traktem. Obecnie przemykają się tamtędy pojedynczy kupcy, którzy podróżują nocą, a dniami chowają się, by nie dostrzeżono ich pośród polan i łąk porośniętych tylko kępami drzew. Ta droga jest niebezpieczna jeszcze pod jednym względem: często spotyka się na niej wielkie drapieżniki, a podróż trwa ponad tydzień i po drodze nie ma żadnej ludzkiej osady.

Szybko odkryto również, że na północnym-zachodzie można wydobywać metale szlachetne, kamienie półszlachetne i bardzo dobre gatunkowo rudy żelaza oraz węgiel. Szybko powstały tam osady górnicze Werbin i Karka-han. Pomimo wielu wypadków w kopalniach, ludzie przybywali tam chętnie, ponieważ płace były wysokie, a kopalnie stawały się coraz bardziej nowoczesne. Właśnie tam wielu rzemieślników zaczęło się zaopatrywać w surowce, gdyż wiadomo, że towar z pierwszej ręki był najtańszy. Ithan słynące z wyrobu wszelkiej broni i Torneg produkujące najlepsze pancerze i kolczugi szybko nawiązały bardzo owocną współpracę z wioskami górniczymi, która przyczyniła się do szybkiego rozwoju obu stron. Jednak nowe złoża były największym objawieniem dla wszelkich jubilerów, którzy mogli dodać do swojej oferty nowe, bardziej misterne i oczywiście jeszcze droższe wyroby.

Najdziwniejszą ze wszystkich wiosek i osad było Mythar. Jednak pod taką nazwą znali ją nieliczni. Częściej wieśniacy wkładali opowieści o tym miejscu pośród bajki i legendy. Musicie wiedzieć, że na całym świecie byli ludzie zajmujący się łapaniem węży. Dzięki ich jadowi wytwarzali najróżniejsze mikstury i odtrutki. Uzdrowiciele wywodzący się z tej kasty należeli do najlepszych. Potrafili zneutralizować najgorsze trucizny, wyleczyć trawiące ciało choroby i sprawić, by cięte rany goiły się czysto i szybko. Niestety ich wielowiekowa tradycja łapania węży dała im częściową odporność na ich jad, dlatego przez innych ludzi byli postrzegani, jako dziwadła i spychani na margines społeczności. Z tego powodu bardzo cenili swoje praktyki uzdrowicielskie, lecząc głownie tych, których było na to stać. Cześć z nich miała dosyć ciągłej tułaczki, chciała znaleźć sobie miejsce na świecie, które w końcu będą mogli nazwać domem. Poprowadzeni przez największego uzdrowiciela z tego ludu - Palmazaka, wyruszyli karawaną na północ i stworzyli osadę Mythar. Zachód Margonem jest stosunkowo ciepły, przez co można tam znaleźć wiele różnych gatunków jadowitych gadów. Dodatkowo Mythar od północnego-zachodu strzegą wysokie góry o zaśnieżonych szczytach, a od południa i wschodu są nieprzebyte bagna i rozlewiska. Drogę przez nie zna większość mieszkańców Mythar i tylko nieliczni spośród traperów z innych osad. Jest to społeczność bardzo zwarta, nieufna i szanująca swoją tradycję oraz odmienność.

Jednak spokojną egzystencję, mimo drobnych kradzieży i rozbojów, przerwali dziwni ludzie, którzy coraz częściej nawiedzali miasta i wsie Margonem. Zakapturzeni, mówili mało, ale pytali o wiele rzeczy. Pojawili się właściwie wszędzie w jednym momencie, niektórzy z nich zlecili budowę dziwnych siedzib na obrzeżach miast. Ci ludzie mieli o wiele szerzej zakrojone plany niż komukolwiek z mieszkańców Margonem mogło się wydawać. Po ukończeniu budów w miastach pojawiali się tajemniczy możni panowie, którzy w nich zamieszkali. Zazwyczaj budowle te przypominały rodzaj rotundy lub wieży. Wieczorami emanowało z ich okien dziwne światło. Panowie ci nosili na sobie długie płaszcze, a na szyi mieli zawieszone mnóstwo amuletów i run o różnych kształtach, wielu z nich miało odmienny kolor skóry. Po dłuższym czasie okazało się, że do Margonem przybyli magowie. Nikt o tym nie wiedział, ale z powodu zaostrzonych przepisów na południu magowie nie mogli prowadzić legalnie prac nad transmutacjami genetycznymi, tworzeniem nowych gatunków oraz przyzywaniem demonów i zmarłych. Tak więc upatrzyli sobie Margonem, by uprawiać swoje niecne praktyki. Zaczęło się niewinnie - w lasach pojawiały się dziwne zwierzęta, których wcześniej nikt nie widział na tych ziemiach. Jednak myśliwi omijali je z daleka i nie dochodziło do żadnych wypadków, gdyż w większości dziwolągi były nieagresywne. Magowie zwoływali, co jakiś czas na szczycie jednej z gór całą swoją kapitułę, by się naradzić. Na tym zebraniu snuli plany, co do przeznaczenia krainy. Podjęli w końcu zamiar całkowitego podporządkowania jej sobie, by móc uczynić z niej jeden wielki eksperyment i dalej pogłębiać tutaj tajemną wiedzę. Nikt z mieszkańców nie wiedział, że na swojej piersi hodują węże. W okolicznych lasach zaczynały się dziać dziwne rzeczy, coraz częściej ginęli ludzie. Bestie spotykane przez myśliwych były coraz większe i bardziej inteligentne, a często humanoidalne. Na Margonem padł cień strachu. Niepokój ten wykorzystali magowie, którzy ujawnili się w końcu obiecując mieszkańcom ochronę przed złem i potworami. Magowie kreowali się na przywódców społeczności, a ludzie w kapturach byli ich asystentami. Ci zakapturzeni nikczemnicy często wypytywali o kogoś w mieście lub wyjeżdżali późnym zmierzchem, by załatwiać sprawy swoich panów. Nie wszystkim to się podobało. Zaczynał tworzyć się ruch oporu. Czarnoksiężnicy nie potrafili sobie dać z nim rady, gdyż silni i wytrzymali górale pośród szczytów nie dawali szans ich szpiegom. Powstańcy podburzali lud i próbowali otworzyć oczy mieszkańcom, kim naprawdę są magowie i co chcą z nimi zrobić. Tymczasem mistrzowie magii kontynuowali realizację swych planów: zaczęli używać czarów władzy nad umysłem i czytania myśli. Przygotowywali grunt dla innych, którzy mieli nadejść.”

- Magowie mówisz?! A to ci historia! – młodzieniec wykrzyknął z wypiekami na twarzy spowodowanymi historią starca lub już drugim dzbanem trunku – Karczmarzu! Jeszcze piwa, bo w tym dzbanie już dno widać! Proszę cię, kontynuuj, starcze.

„W Mythar pewnej nocy urodziło się śliczne dziecko, chłopczyk, jednak miał oczy węża, a na twarzy i piersiach było widać plamy łuskowatej skóry. Dziecko to potrafiło porozumiewać się z wężami. Nie wiadomo, który mag to sprawił, ale większość dorastających dzieci w Mythar właśnie tak wyglądała i posiadała podobne zdolności. Rodzice byli na początku przerażeni, ale później uznali, że to ich przeznaczenie i dotyk bogów. Dzięki dzieciom miejsce strażników w Mythar zajęły potężne gady i węże pilnujące dostępu do ich osady i porządku w mieście.

Ludzie zaczynali się burzyć przeciwko magom, coraz częściej zaczynano napadać na ich sługusów, nawet sami czarnoksiężnicy bali się wychodzić ze swoich wież. Przeciwko gniewowi ludu i nienawistnym umysłom przestały działać również czary zawładnięcia. Pewnego dnia wszyscy magowie znikli pozostawiając po sobie puste wieże. Wśród ludzi zapanowała atmosfera euforii. Jednak po kilku godzinach na główne place miast wpadli gońcy wysłani przez głównodowodzącego ruchem oporu – Ezafa, obwieszczając, że magowie zbliżają się z południa na czele swojej armii złożonej z bestii, potworów i nieumarłych. Ludzi ogarnęła panika, ale gońcy zaapelowali o uzbrojenie się w dostępne środki i postawienie wojska w stan gotowości. Niedługo później z gór zeszły oddziały ruchu oporu zaprawione w wojnie partyzanckiej. Pochód wojska magów dążył powoli, ale nieubłaganie w kierunku granic Margonem. Wycofano wojska z Thuzal w głąb krainy, kolumnom żołnierzy towarzyszyły wozy uchodźców z miast. Wygnańcy znajdowali schronienie w Karka-han i Ithan. Wszystkie miasta wystawiły swoje najlepsze oddziały wraz z pospolitym ruszeniem. Nawet Tuzmer wysłało lekkozbrojnych piechurów mimo, że postanowiło się okopać i bronić miasta i portu do upadłego. Tego dnia żołnierze stanęli z piratami ramię w ramię. Z Ithan i Torneg przybywały transporty broni dla ludzi, którzy jej nie posiadali. Nawet Eder wystawiła lekką jazdę i mieszaninę różnych rozbójników liczących na bogate łupy. Na czele wojska stanął Ezaf i wyznaczył miejsce walnej bitwy w połowie drogi pomiędzy Tuzmer, a bagnistymi terenami położonymi dalej na północ, które miały zapewnić drogę ucieczki i uniemożliwić pogoń. Niewielkie oddziały partyzanckie umiejętnie wciągały wojska magów w zasadzkę. Dręczyły ich ciągłymi atakami i szybkimi odwrotami. Nie pozwoliły nawet na frontalny atak na Tuzmer i zrównanie Thuzal z ziemią, gdyż ciągłe nękanie ciągnących się za wojskiem wozów z zaopatrzenie i wyposażeniem powodowały tak duże straty, iż magowie nie chcieli przerywać marszu. Gdy na kolumny nieumarłych dosiadających swoich bestii w pierwszych szeregach armii magów spadł grad strzał ze stanowisk łuczników ukrytych na zalesionych zboczach gór - rozpoczęła się największa bitwa w dziejach Margonem. Niebo aż poczerniało od pocisków, lecz zaraz zrobiło się pomarańczowo-czerwone, gdy magowie odpowiedzieli zaklęciami ognia. Wypalając wielkie połacie sosnowych lasów. Tylko jeden z nich zdradził braci, przeniósł się na tyły armii ludzi i rzucił potężną tarcze przeciwko magii na nasze wojska, gdyż bez niej, wcześniej, czy później, zostałby po nich tylko pył, ale to zbyt długa opowieść na dzisiaj… Ludzie zwyciężyli magów. Na ich wojska podczas odwrotu uderzyły dywizje państw południa: Elancji i Hironii, które dowiedziały się o planach magów i chciały zdławić niebezpieczeństwo w samym zarodku. Wojna zakończyło się, jednak wielu nie wróciło do domów. Największe zniszczenia objęły Thuzal, przez które przeszli magowie i Tuzmer, które było nękane zarówno z powietrza, jak i z wody. Jednak inne osady też doznały uszkodzeń. Niektóre wieże magów zostały przerobione na ogromne bomby. W innych miejscach oddziały potworów wyszły z lasów i napadły na straże, które pozostały. Gdzie indziej ogromne bestie o błoniastych skrzydłach zrzucały na budynki wydrążone głazy z substancją zapalającą. Zniszczenia wojenne były wielkie, a w psychice mieszkańców pozostał niezapomniany ślad.

Powoli lud Margonem podnosił się z wojennych poświęceń, wydatków i nieszczęść. Do stanu sprzed wojny powracało rolnictwo i wyrób rzemieślniczy. Zaczęły się przemiany - miasta powiększały się, ulepszały swoje fortyfikacje i tworzyły lepszą broń. Z daleka omijano pozostałe wieże magów, a w lasach nadal grasowały gobliny i różne potwory, jednak pozbawione dowództwa magów nie potrafiły tworzyć większych watah i przeciwstawić się ludziom. Powstały nawet specjalne grupy, które zajmowały się ich zabijaniem. Niestety nie udało się wybić wszystkich, a ich populacja szybko wzrastała. Z powodu magicznych zdolności dostosowywania liczb haploidalnych chromosomów, bestie tworzyły krzyżówki z innymi gatunkami i mutowały w różne dziwne stworzenia. Większość z nich była inteligentniejsza od zwykłych zwierząt i zarazem bardzo silna. Takie mutacje powstawały w całej krainie, a liczba potworów zwiększała się w zastraszającym tempie. Stworzenia zaczęły wychodzić z lasów, coraz odważniej zbliżać się do osad ludzkich, aż w końcu ich populacja zagroziła miastom.

W Ithan i Torneg najlepsi kowale i druciarze pracowali nad nowymi technikami uzbrojenia i ochrony, w Eder pito wino i nagabywano dziewki, wymyślając plany napadów na bogatych kupców. W Nithal otwarto zespół szkół kształcących inżynierów. W mieście pojawiło się wiele dziwnych urządzeń, a na straganach można było znaleźć zmyślne zabawki i narzędzia. Różnego rodzaju pompy i wiatraki upiększały krajobraz. Thuzal i Tuzmer podnosiły się z wojennych zniszczeń, opracowując plany okalania północnych rubieży krainy wielkim murem. Tuzmer pracowało nad powiększeniem swojego portu i budową mniejszych łodzi. W Thuzal znów można było wyraźnie słyszeć śpiew ptaków, szum wody i muzykę elfów. Odbudowywał się przemysł jubilerski i złotniczy. W Mythar, najmniej doświadczonym przez wojnę, życie biegło, jak wcześniej, choć teraz większość mieszkańców nosiła znamię wężowych łusek. W ogóle nie opuszczali swojej wioski, gdyż niektórzy brali ich za potwory stworzone przez magów. Czasami jednak pojedyncze osoby wymykały się z Mythar, by kupić coś w innych miastach. Jednak ich twarze zawsze były ukryte w przepastnych kapturach. Mieszkańcy Mythar, choć nigdy nie będą mogli zapomnieć o eksperymencie magów na ich ludności, oddali wielką posługę zjednoczonym wojskom Margonem pod wodzą Ezafa, lecząc wielu rannych i dając im mikstury niewrażliwości na trucizny. W Karka-han i Werbin rozpoczęto znowu prace górnicze przy dużym udziale wiedzy inżynierów z Nithal, rozbudowano kopalnie i wprowadzono maszyny do wydobywania kruszców.

Tak, historia Margonem była miejscami burzliwa, musieliśmy walczyć z naturą, nadprzyrodzonymi mocami, ale wszystko, co przetrwaliśmy sprawiło, że jesteśmy teraz silniejsi i mądrzejsi.”
Głos dziadka zawisł i dało się słyszeć ciche chrapanie. Jego chude ciało oparło się znów o ścianę:
- No, piwo zrobiło swoje – odezwał się karczmarz.
- Nie szkodzi, wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć – powiedział młodzieniec wstając od stołu i kierując się w stronę drzwi, jakby alkohol nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia.
- Zmierzch już zapadł, może przenocujesz u nas, mam też pokoje gościnne – usłużnie spytał karczmarz błyskając oczyma na sakiewkę wędrowca.
- Dam sobie radę – usłyszał, a sakiewka poderwała się w górę i wylądowała na kontuarze - To za gościnę - młodzieniec dziwnie się uśmiechnął, zarzucił na głowę kaptur i, znów stukając podkutymi butami, wyszedł. Po chwili na dworze było słychać rżenie rumaka i tętent kopyt. Tej nocy księżyc był czerwony, jakby ktoś zanurzył go we krwi, a psy nie przestawały ujadać w całej wiosce, aż do rana.
Edytowany 12:34:46 2.9.2009 przez Xentis
2009.09.02 10:23:13
Post na medal
cytuj | ID:4896096 |

Xentis

2841291
1548
Z dzienników Vertigo – Tuzmer

15 dzień, Maulu
Po całonocnej burzy piaskowej w końcu się przejaśniło. Zdjąłem gogle i wyczołgałem się ze szczeliny skalnej, w której się schroniłem. Słońce wschodziło i w jego poświacie zobaczyłem na południu w końcu upragnioną zieleń. Pół dnia zajęło mi dotarcie do pierwszych ludzkich domostw. Cieszyła mnie ta wilgoć w powietrzu, ale czułem, że coś w tej spokojnej osadzie się zmieniło. Położyłem się dzisiaj pod gołym, rozgwieżdżonym niebem.

16 dzień, Maulu
Traktem nie poruszała się żadna karawana, nie było widać podróżnych, a normalnie gościnni mieszkańcy Starego Sioła zatrzaskiwali na mój widok okiennice. Brakowało też tłumu przed bramą Tuzmer. W zamian powitali mnie gwardziści, zabraniając mi wejścia. Oznajmili, że Tuzmer ogarnęła zaraza. Podobno wielu ludzi na nią zapadło i wielu już umarło. Nie można było ani wejść do miasta, ani go opuścić. Za siedem dni mam wypłynąć z portu do rodzinnego Lasti! Muszę się dostać do grodu!

17 dzień, Maulu
Z pomocą przyszedł mi przemytnik Polifiks. Za rozsądną opłatą wprowadził mnie do miasta tylko jemu znanymi ścieżkami. Na ulicach czuło się śmierć. Miasto było dziwnie opustoszałe i wszędzie kręcili się gwardziści znacząc krzyżami drzwi domów, w których ktoś zachorował. Podobno kąpiel w termach może ochronić przed chorobą. Gwardziści mówili coś o dżumie. Nie znałem tej choroby dotąd. Łaźnie były puste i nikt ich nie pilnował. Kąpiel wróciła mi siły po wędrówce przez pustynię, olejki odświeżyły i złagodziły dokuczliwość starym ran. Na buteleczkach z wonnościami były wizytówki Patercji z Portu Tuzmer. Nie wiedziałem, że ktoś tutaj je wytwarza. Idąc do portu dziwiłem się, że na arenie słychać szczęk broni. Gladiatorzy chyba nie zapadają na tę chorobę.


18 dzień, Maulu
Dzisiaj widziałem chorego. Miał czarne, okropne pęcherze na szyi i pachach. Cyrulik mówił, że to dymienice i trzeba je nacinać. Skóra chorego była blada. Podobno tę chorobę nazywa się czarną śmiercią, może jednak to źle, że zdecydowałem się wejść do miasta opanowanego przez zarazę. Postanowiłem oddalić się do portu. Kilka osób nie bało się epidemii, a może liczyli na większe zyski? Spotkałem Albionę sprzedającą doskonałą elficką broń i uzdrowiciela Toramidamusa zajmującego się chorymi. Nawet on był bezsilny wobec choroby i mógł jedynie zmniejszać cierpienie chorych. Na wejściu do portu znowu spotkałem strażników. Zabronili mi przejścia, ponieważ największa zaraza przyszła właśnie stamtąd i nikt bez odpowiedniej maski nie ma prawa tam wejść. Zdobyłem ten przedmiot. Jest naprawdę przedziwny.


19 dzień, Maulu
Przed wejściem do portu postanowiłem kupić herbatę i kawę u Doriana. Zapewniał mnie, że napar z tego suszu jest doskonały na wszelkiego rodzaju dolegliwości i nawet potrafi ochronić przed dżumą. Jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Przy wejściu do portu uderzyła w moją twarz słona bryza zmieszana z zapachem ryb. Nałożyłem maskę i moje nozdrza wypełniły się zapachem eterycznych olejków. Panowało tutaj większe ożywienie niż w mieście. Można było kupić ryby, kwiaty, świeże owoce. Jakaś dziewczyna sprzedawała książki. Jednak w Gildii Kupców liczą straty. Nikt nie wyśle karawany do zadżumionego miasta, a towar gnije w magazynach. W Pod Bosmańskim Biczem opowiadano o statkach-widmach, na których zaraza zabiła całą załogę i teraz te okręty z podartymi żaglami dryfują po morzach. Rum jest dobry na rany, więc i ja wypiłem kilka kolejek, bynajmniej nie przez złamane serce przez tutejsze damy.


20 dzień, Maulu
Po nocy w tawernie wybrałem się do doków. Przy kei stało mniej statków niż normalnie. Przy Dendrosie, na którym miałem opuścić Tuzmer nie było nikogo. Jeden z marynarzy powiedział mi, że kapitan zachorował. Chciałem pójść do niego i odzyskać złoto, które niegdyś mu zapłaciłem, ale wolałem się nie narażać. Kto weźmie mnie teraz na pokład? Zaoferował się kapitan Fork la Rush, ale może mnie tylko przewieźć na wyspy, a stamtąd nikt nie pływa dalej. Nie wiem, co zrobić. Chyba przyjdzie mi zostać w tym mieście dłużej.


21 dzień, Maulu
Kolejny dzień poszukiwań w porcie żeglarza, który mógłby zabrać mnie do Lasti. Miałem okazję podziwiać w porcie Stratosa. Nieczęsty to widok. W pobliżu magazynów spod moich nóg uciekło kilka szczurów. Jednak miasta mają też swoje wady. Kowal Kendal pracował w pocie czoła. Przyjrzałem się armatom. Piekielne to machiny, co wynoszą stalowe kule tak daleko. A ogniomistrz przechwala się, że z dwóch wiorst trafi w wiadro. Jednak nie odciągnęły mnie od moich poszukiwań. Rybacy z wioski na plaży nie mieli ani umiejętności, ani odpowiednich łodzi, by wypłynąć tak daleko. Wysłali mnie do lokalnej czarownicy, ale mi potrzeba kapitana, nie staruchy! Chyba wrócę do miasta. Może tam coś załatwię.


22 dzień, Maulu, Święto Przesilenia
Pomyślałem, żeby pójść do najbogatszego kupca z Tuzmer – Runaberda, ale szybko się rozmyśliłem, bo mogę nie zostać nawet wpuszczony do domu. Skoro jednak znalazłem się już w tej okolicy to postanowiłem odnaleźć Zajazd pod Różą Wiatrów. Co prawda ceny tamtejszych izb nie są dla mnie, ale słyszałem, że na dole posiadają niezwykłą bibliotekę połączoną z kawiarnią. Po wypiciu wonnego naparu i przejrzeniu jednej księgi postanowiłem pójść do Magistratu. Urzędnicy byli zajęci spisywaniem imion zmarłych i zapisywaniem nowych zachorowań. Co chwila wchodził gwardzista, zgłaszając nowy przypadek. Zdjąłem moją maskę i zagadnąłem archiwistę, jakby się tu dostać gdzieś poza Margonem drogą morską. Zdradził mi, że kapitan Rotgut wypływa jutro z poselstwem. Mało kto wie, gdzie się wybiera, ale jeśli odnajdę go, to może przyjmie mnie na pokład Szarej Mewy. Niestety nie wiedział, gdzie go szukać. Jednak jako doświadczony podróżnik, spytałem strażnika o dom kapitana i tam zwróciłem swoje kroki.


23 dzień, Maulu
Co prawda okazało się, że kapitan nie wybiera się bezpośrednio do Lasti. Jednak z drobnymi przystankami dobije również do jej brzegów i przydałaby mu się osoba, która zna te tereny i panujące na nich układy. Dlatego wczesnym rankiem taszcząc mój tobołek wchodziłem po trapie Szarej Mewy. Minie wiele czasu nim postawię swoją stopę na ojczystej ziemi. Jednak liczę, że wszystko, co dało i czego nauczyło mnie Margonem, będzie pięknym przyczynkiem do moich rozmyślań. Z mojej torby wystawała maska, którą dostałem od strażników wraz z Octem siedmiu złodziei. Strzeżonego bogowie strzegą! Ahoj!

Edytowany 22:35:13 23.12.2009 przez Xentis
Edytowany 09:09:41 29.6.2011 przez Xentis
Edytowany 12:29:58 23.8.2011 przez Xentis
2009.12.22 20:42:09
Post na medal
cytuj | ID:5987253 |

Xentis

2841291
1548
Powstanie smoków i mitycznych bestii


Była to ogromna jaskinia. Z jej sufitu zwisały kamienne stalaktyty, a podłogę tworzył gąszcz stalagmitów nastroszonych, jak las dzid. Powietrze było chłodne i wilgotne. Ściany pokrywały zielonkawe porosty i grzyby o dziwnych kształtach. Jaskinia rozszerzała się ku głębi, a jej kształt potęgował dziwne odgłosy dochodzące zza jej zawalonego wejścia. Zdawałoby się, jakby przed grotą zebrał się ogromny tłum, który w dodatku nie był wcale zadowolony. Słychać było szemranie, gniewne krzyki i piskliwy głos kogoś broniącego się. Głaz sprzed wejścia poruszył się. Kilka drobniejszych kawałków skalnego gruzu zaczęło się obsypywać ze szczelin. Powoli duży kamień opuszczał swoje stałe miejsce i odsłaniał wejście do pieczary. Pierwsze promienie blasku wpadły do groty strasząc małe stworzenia przyczajone na skalnych półkach. Kilka spłoszonych nietoperzy przeleciało przez skalny korytarz. Odsuwany głaz utworzył niewielka szczelinę wielkości może jednego rosłego człowieka. Snop słonecznego światła rozjaśnił mroki pieczary i przedzierał się przez pył wzniecony podczas odblokowywania wejścia. Głosy wieśniaków zrobiły się o wiele bardziej donośne, a echo w pieczarze wzmacniało je jeszcze bardziej:
- I co rycerzyku? Panien ci się zachciewa? – zaskrzeczał jakiś wieśniak – Nuże pokaż nam, jaki odważny jesteś, wejdź, a może sam miłościwie nam panujący odda ci jedną ze swoich cór! - butnej wypowiedzi zawtórowało rechotanie tłumu.
- Ależ nie bój się paniczyku! Nuże, my nie mordercy nie puścimy cię z gołymi rękami! Maści tu mieczyk, zbroję, hełm i nogawice! – dalsze słowa zagłuszył rumor upadającego żelastwa, które prawdopodobnie trafiło również tego, który miał je otrzymać. Ludzie zaczęli się burzyć: „Na pohybel!”, „Weżta ludziska kamienie, a nie wpychajta go do groty!”. Nagle jeden donośny głos odezwał się potężnym basem:
- Chcecie ludziska ściągnąć na siebie gniew bogów?! – zakrzyknął domniemany przywódca wiejskiej społeczności. – Jeśli prawdę gada i czystego serca, bogowie go ochronią, a jeśli kłamca i drań, no to będziemy mieli z tą gadziną spokój, na jakiś czas przynajmniej!
Echo w jaskini jeszcze nie przestało powtarzać: „Mniej, mniej, mniej...”, gdy w mroku coś się poruszyło ciągnąc za sobą długi ogon. Snop letniego słońca zakłóciły sylwetki trzech ludzi. Jeden z nich wcale nie miał zamiaru wchodzić do jaskini, wyrywał się i miotał, ale dwóch pozostałych było wyraźnie silniejszych. Wzięli go pod ramiona i rzucili na kamienną posadzkę, zaraz za nim z głośnym brzdękiem upadła zbroja i miecz. Ludzie zaczęli wiwatować: „Ha! Dobrze tak kanalii!”. „Ma to, na co zasłużył” – krzyczała kobieta z brodawką na nosie. Wieśniacy znów poruszyli głaz, tym razem, by kompletnie zamknąć wejście. Po chwili w jaskini znów zapanował przyjemny półmrok. Na posadzce pojawiły się jaszczurki ze świecącymi pióropuszami na grzbiecie. Mężczyzna, a raczej chłopak podniósł się powoli. Wiwaty zdawały się cichnąć, widocznie wszyscy z góry wiedzieli, co miało się stać i woleli posiedzieć w karczmie, niż słuchać jęków skazańca. Chłopak rzucił się do blokującego przejście głazu. Naparł na niego z całej siły barkiem i rękoma, zaparł się stopami o chropowate podłoże i próbował dotąd, aż go nie siły opuściły. Siadł zrezygnowany pod głazem i ukrył swoją twarz w dłoniach. Niektórym mogłoby się zdawać, że siedział tak niedługo, a innym, że całe wieki. Jednych i drugich chłopak miał gdzieś. Do wyboru były trzy równie mało kuszące alternatywy: zostać tutaj i umrzeć z głodu, ewentualnie jedząc jaszczurki przeżyć kilka lat, może kiedyś go stąd wypuszczą; przeszukać jaskinię w poszukiwaniu innego wyjścia, co zdawało się być bez sensu, skoro go tu zamknęli to pewnie próżno stąd szukać wyjścia; trzecią możliwością było ubranie zbroi, cokolwiek czai się tutaj to lepiej stawić mu czoła w zbroi niż bez niej. Zrezygnowany chłopak zaczął wkładać zbroję i wiązać rzemyki mocujące ją na swoim miejscu. Hełm był za duży, ciągle opadał mu na oczu. Trzymając miecz w obu dłoniach zaczął powoli iść skalnym korytarzem. Jego oczy przyzwyczaiły się do mroku, spod nóg uciekały przez nim świecące jaszczurki. W głębi było widać delikatne światło wydobywające się zza zakrętu korytarza. Chłopak najwyraźniej bał się bardziej niż małe gady, które przed nim uciekały. Ręce pociły mu się i ciągle poprawiał je na rękojeści miecza. Posuwał się ostrożnie z wysuniętą do przodu lewą nogą i ostrzem gotowym do zadania ciosu, choć nawiasem mówiąc nie odebrał w swoim życiu porządnej nauki fechtunku. Kiedy w końcu wyszedł zza załomu zobaczył potężną grotę w kształcie ogromnej kopuły, większa od najwyższego budynku, jaki widział w swoim życiu. Sklepienie i ściany pieczary były pokryte kryształami, które wyrastały wprost ze skał. Kręcące się tu i ówdzie fluoroscencyjne jaszczurki rozświetlały mroki, a minerały w ścianach koncentrowały światło tworząc zielonkawe prążki. Wszystko to poruszało się, połyskiwało i lśniło. Chłopak przez chwilę stał i podziwiał to wszystko z szeroko otwartymi ustami. U samego czubka tej ogromnej hali był niewielki świetlik, przez który wpadał do środka promyk dziennego światła. Wszystko to robiło piorunujące wrażenie na kimś, kto w swoim życiu częściej widywał kury i krowy, niż jaskinie. Zupełnie zapomniał o niebezpieczeństwach czyhających w grocie, opuścił miecz i po prostu patrzył, jakby bał się, że to wszystko zaraz zniknie. Może ktoś mądrzejszy zacząłby się zastanawiać, czy przez mały świetlik nie dałoby się uciec. Może ktoś inny myślałby, z czego można zrobić linę w tej jaskini. Ale chłopak stał i stał, a jego stanie było tak nieznośne, ze coś musiało się wydarzyć. Nagle mocny podmuch uderzył w plecy chłopaka, a strumień powietrza był tak silny, że uniósł chłopca i rzucił na kamienna posadzkę kilka metrów dalej.
- O maty! O maty! – zaczął krzyczeć chłopak, gdy próbował odwrócić się na plecy, przy okazji strasznie brzęcząc stalową zbroją o kamienie. – Pewnikiem duchy jakieś!
Chwycił w końcu za swój hełm i powoli, jakby z wahaniem, począł go unosić ze swoich oczu. Na początku wszystko zdawało się być w porządku. Zobaczył znane zielonkawe światło, kamienną podłogę, wejście do sali. Przez chwilę może pomyślałby, że to przeciąg, gdyby nie ogromne żółte oko, które zaczęło mu się przyglądać. Przerażony chłopak rzucił hełm i chwycił swój miecz chcąc wymierzyć cios w oko, ale ono błyskawicznie się odsunęło, a ostrze trafiło na stwardniałe tarczki odbiło się od nich z taką siłą, że miecz wyleciał z dłoni chłopca i poszybował daleko hen w mrok. Młodego wieśniaka sparaliżował strach. Zastygł, leżąc na plecach i wpatrując się szeroko otwartymi oczami na zjawisko, które stało przed nim. Nad wejściem do podziemnej hali była ogromna skalna półka, a na niej siedział najdziwniejszy gad, jakiego kiedykolwiek widział. Właściwie wyglądał, jak stworzenie z bajek i legend, które babcie opowiadają małym dzieciom. Był wielkości piętrowego domu. Jego głowa zaopatrzona była w dwa długie i ostre rogi, jego spojrzenie było przejmujące i świdrujące, ponadto miał paszczę zaopatrzoną w ogromne, ostre zęby. Kiedy rozpostarł swoje błoniaste skrzydła na całą szerokość podziemnej sali, chłopakowi całe życie przemknęło przed oczyma. Właściwie widok kostuchy ucieszyłby go bardziej niż widok tego gada. Jednak zamiast chrzęstu kości dał się słyszeć tubalny głos:
- Dlaczego, głupcze, zakłócasz mój spokój? – Chłopak myślał, że już bardziej zdumiony być nie może. Mylił się. – Dlaczego nastajesz na moje życie? Jaką ilość złota skłoniła cię to zabicia takiej istoty jak ja?
- ... – Młody wieśniak chciał coś powiedzieć, ale po prostu z jego gardła nie wydobywały się żadne dźwięki. Wyglądało to jakby się dusił.
- Sza... nowny... pa... pa... pa... – chłopak się zaciął i nie mógł przejść do dalszej części wyrazu.
- Milcz! – zagrzmiał znowu głos. – Wy, ludzie, nie znacie godności. Kiedy zabrać wam waszą broń pełzacie po ziemi, jak robaki, prosząc o łaskę!
- Ja panie ze wsi jestem – chłopak w końcu się przełamał.– Witek się zwę. Mnie tu ludzie wrzucili za karę, że jakoby złych czarów się dopuściłem, dziewkę omamiłem i uwiodłem. Żem guślarz i niecnota, ciżba mówiła, a Marysia ze mną sama, bez czarów.
- Gdybym był w lepszym nastroju to może uśmiałbym się. – Tubalny głos nieco osłabł. – Skąd wziąłeś tędy zbroje i miecz?
- A ludzie mi dali, cobym nie szedł nieuzbrojony na... – chłopak nie zorientował się, że popełnił gafę, więc brnął dalej. – Właściwie nie powiedzieli na co, tylko zamknęli w jaskini...
- Nie przyszedłeś ze mną walczyć?
- Nie, skądże znowu, jakbym mógł walczyć z tak potężnym gadem...
- Smokiem! Jestem smokiem! A to duża różnica, choćby taka, że gady nie zwykły mówić, bynajmniej nie ludzkim głosem.
W sali ostatnie słowa wypowiedziane przez smoka krążyły jeszcze w powietrzu. Przestraszone hałasami jaszczurki zaczęły powoli wychodzić z załomów skał. W grocie zapadła krępująca cisza.
- Panie smoku... – Witek nieśmiało zaczął. – Co teraz ze mną będzie? Chyba mnie nie zjesz?
- Dlaczego miałbym cię zjadać? I skończ z tym głupawym panem. Powiedziałbym ci moje imię, gdybyś potrafił je wymówić, śmiertelniku...
- A na mnie wołają Wituś, syn Kachny i Ziemomysła. Mam szesnaście lat i ojciec wysłał mnie w świat, bom najstarszy ze wszystkich dzieci. Miałem mistrza znaleźć i sposobić się do zawodu, ale jakoś nikt mnie nie chciał. No i przybyłem tu do wioski i najął żech się za parobka u gospodarza. Ojca Marysi...
- Doprawdy nie rozumiem problemów ludzi – ponuro rzekł smok.
- A właściwie ile ty już wiosen przeżyłeś? Nigdy nie widziałem smoka, więc nie wiem, jak wyglądają młode, a jak stare smoki.
- Smoki mają bardzo podobny wiek. Kiedyś liczyłem lata, później wieki, ale dawno straciłem już tą rachubę. Będąc nieśmiertelnym upływ czasu nie ma aż takiego znaczenia.
- Naprawdę nie możesz umrzeć? Nikt cię nie może zabić?
- W moich żyłach płynie boska krew, to zbyt wielka potęga, której ludzie nie będą nigdy potrafili złamać.
- To jesteś przeobrażonym bogiem, jak w legendach zstąpiłeś na ziemię, by pomagać ludziom?
- Niezupełnie. Kiedyś byłem bogiem, ale to bardzo odległe czasy. Nie istniał wtedy nawet świat. Niewielu z nas je pamięta.
- O maty! Byłeś przy, tym no, stworzeniu świata? – krzyknął chłopak zupełnie zapominając o niecodzienności sytuacji.
- Trudno to określić jednoznacznie, powiedzmy, że ja i świat powstaliśmy w zbliżonym momencie czasu. Ta wiedza jednak została we mnie umieszczona. Świat stworzył Kreator. Twór, którego właściwie nie można opisać. Najbardziej przypominałby waszą mgłę. Przybył z nikąd i do nikąd nie dążył, a wtedy nie było niczego. Nawet nie było nicości po prostu wszechogarniająca pustka. Dlatego Kreator stworzył eter i wypełnił wszystko. Później Kreator stwarzał światy. Na końcu stworzył bogów, którzy mieli władać światami. Po całej swojej pracy po prostu się rozpłynął.
- Jak to tak można, rozpłynąć się? Zniknąć? – spytał Witek coraz bardziej zafascynowany opowieścią.
- Tak, po prostu zniknął. Podobno kiedyś ma jeszcze powrócić, ale niewiadomo, po co. Czy żeby nas zniszczyć, a może naprawić? Dowiemy się w swoim czasie.
- No, ale co z tymi bogami? Dlaczego jesteś tutaj zamiast w ich siedzibie?
- To bardzo długa opowieść – zadumał się smok. – Ale skoro żadne z nas przez jakiś czas nie zamierza opuszczać tej jaskini. To mogę ci opowiedzieć historię bogów. Pod jednym warunkiem.
- Jakim? Zgodzę się na wszystko! – entuzjastycznie krzyknął Witek, który przestał bać się już smoka, widząc jego dobroduszność.
- Opowieść, którą usłyszysz zapamiętasz i przekażesz swoim dzieciom i wnukom. Nawet jeśli miałyby w nią nie uwierzyć.
Witek podumał przez chwilę. „Ten smok ma jakieś dziwne życzenia, czy aby nie jest to jakaś magia?”, ale nigdy nie słyszał o takich czarach, więc chętnie przystał na prośbę smoka. Tak naprawdę to nie mógł się doczekać opowieści. Nieśmiertelny, odwieczny, jak go ludzie nazywają, zaczął swoją historię:
- Wielki Kreator dał bogom potężną władzę, ale chciał, by zasmakowali, choć w części, co znaczy bycie człowiekiem. Dlatego podzielił ich na tellarów, hellosów i glamenów. Jest to taki sam podział, jak u ludzi na: arystokrację, rycerzy i panów oraz na prosty lud. Oczywiście każdy z bogów miał pewne moce i każdy miał władzę nad inną dziedziną życia, ale im niżej w hierarchii tym twoja dziedzina była węższa, a twoje zdanie - mniej ważne. Chodziło również o to, że tellarów było stosunkowo niewielu. Do nich zaliczają się: Ermos, Nikantos, Aneli i Kreprox.
- A Enizeasz? Widziałem też jego świątynie. – chłopiec przerwał smoku.
- Enizeasz nie był tallarem, wywodził się z hellosów, ale wkradł się w łaski najwyższych bogów, przez co zaczęli go traktować, jak równego sobie. Jak to bywa i pośród ludzi, hellosi i glameni zazdrościli tellarom ich potężnej władzy i uważali, że im też się należy. Tellarzy byli zbyt zajęci sobą i nowo nabytą potęgą, by zauważyć rodzący się powoli bunt. Przedstawiciele hellosów i glamenów spotykali się potajemnie. Knuli spiski i zastanawiali się, jak odsunąć tellarów od władzy. Nie było to takie proste, pomimo, że nie było ich wielu to dysponowali potężną mocą. Najpierw zastanawialiśmy się, czy nie da się jakoś unicestwić ich magicznej mocy. Wtedy magia na świecie nie była jeszcze tak rozwinięta, jak teraz. Właściwie dopiero raczkowała, ale Kreator miał dziwne upodobanie do pozostawiania na stworzonych przez siebie światach potężnych przedmiotów i budowli, których mieszkańcy nie doceniali lub nie rozumieli. Mój brat odnalazł Dachma – Wieżę Milczenia. Była to budowla, która tłumiła wszystkie dźwięki, które zostały w niej wydane, ale również sprawiała, że w jej wnętrzu nie mogła być użyta żadna nadnaturalna siła. Wiedzieliśmy, jak niebezpiecznego zadania się podejmujemy, dlatego przed wyruszeniem pożegnałem się z moja ukochaną Ferio. Przeczuwała, że stanie się coś złego nie chciała mnie puścić, ale ją odepchnąłem. Wierzyłem, że nam się uda. Gdybym wiedział, że to ostatnia nasza chwila razem... W towarzystwie boga ciemności wywodzącego się z glamenów – Itriosa. Udaliśmy się na miejsce spotkania. Tam dołączyli do nas inni wywrotowcy z hellosów. Plan był prosty: mieliśmy wykraść pod osłoną mroku z kołyski nowonarodzoną Rafirę (Jasną Gwiazdę), córkę Ermosa i Aneli i umieścić ją w Wieży Milczenia. Strażnicy będący glamenami dali się szybko obezwładnić, udało nam się zabrać dziewczynkę z siedziby tellarów. Bez jednego dźwięku i nie budząc nikogo. Tellarowie przez ostatnie dni świętowali narodziny Rafiry, Ermos wydał huczne przyjęcie i nikomu nie żałował jadła ani trunków. Tej nocy wszyscy spali mocnym snem. Nawet Rafira nie zbudziła się, kiedy zabieraliśmy ją z łóżeczka, dzięki urokowi dobrego snu, rzuconego przez jedną z helloskich bogiń. Bóg podmuchów wiatru na swoich skrzydłach zaniósł dziecko na przygotowane miejsce w Wieży Milczenia. Teraz przyszedł czas na najtrudniejszą część planu, ktoś musiał, udając zdradę, donieść tellarom o miejscu ukrycia Rafiry. Gdy Ermos przebudził się następnego dnia cały wszechświat zadrżał od jego gniewu. Tego dnia ziemia się trzęsła, a burze szalały. Żaden z bogów nie mógł pomóc Ermosowi, jego gniew dosięgnął nawet strażników, którzy ponieśli okrutną śmierć z jego rąk. Mało, kto odważył się tego dnia patrzeć na Ermosa, ale mój brat poszedł do jego siedziby. Padł przed nim na kolana i powiedział, że podsłuchał rozmowę i być może wie, gdzie znajduje się jego córka. Wtedy część hellosów i większość glamenów przygotowywała się wokół Wieży Milczenia, by pojmać Ermosa i Aneli. W środku kilkudziesięciu glamenów miał go schwytać, zabić, a jego zwłoki poćwiartować i zamknąć w skrzyni. Reszta bogów na zewnątrz miała swoją mocą zburzyć wieżę i pogrzebać oboje bogów wraz z córką pod magicznymi gruzami Dachma. Wtedy przewaga zjednoczonych hellosów i glamenów byłaby wystarczająco wielka, by podporządkować sobie resztę tellarów. Mój brat został wtrącony do lochów na wypadek, gdyby Ermos nie znalazł Rafiry we wskazanym przez niego miejscu.
- I co? Jak to się skończyło? – spytał chłopak z wypiekami na twarzy. – Skoro spotkałem cię tutaj to pewnikiem coś poszło nie tak.
- Owszem, nie poszło, jak zakładaliśmy. Wśród spiskowców był Enizeasz. Pracował dla tellarów, dzięki swojej zwinności i możliwości lotu był posłańcem. Wykonywał dla nich różne zlecenia. Dzięki temu bywał zapraszany na przyjęcia w ich siedzibie i przyjmowany, jak prawdziwy tellar. Myśleliśmy, że ktoś taki, jak on przyda się nam, żeby mieć pewne wieści z siedziby najwyższych bogów. Niestety młody hellos cenił wyżej swoje przywileje, niż przyjaciół. Doniósł Ermosowi i Aneli o przygotowanej na nich zasadzce. Gdy wysocy bogowie przybyli do Wieży Milczenia, rozpętało się piekło. Ogień ogarnął lasy, w których przyczajeni byli hellosi i glameni. Ci, którzy zdążyli uciec przed płomieniami dosięgały nieomylne strzały Aneli. Po chwili wszędzie walały się na wpół spalone ciała, a Ermos podchodził do każdego trupa i zgrabnym ciosem odcinał mu głowę. Mnie tam nie było... Teraz czasem się zastanawiam, czy nie stałoby się lepiej, gdyby moja boska krew użyźniła wtedy ziemie wokół Dachme. – smok westchnął, a jego westchnienie brzmiało jakby świst powietrza w jaskini.
- Czekałem w domu aż po mnie przyjdą. Zabrali mnie do Ermosa. Rafira wesoło gawędziła w ramionach Aneli siedzącej na tronie zaraz obok potężnego boga. Wiedziałem, że karą powinna być śmierć, ale Ermosa nie zadowalała tak prosta zemsta. Zebrał wszystkich pozostałych przy życiu hellosów i glamenów. Karą miało być zesłanie na jeden ze światów i przeobrażenie nas w inne istoty. To jeszcze nie wydawało się takie straszne, ale kiedy okazało się, że część z nas nie będzie pamiętała nawet twarzy swoich najbliższych, a inni przerodzą się w krwiożercze bestie opętane manią zabijania, popadliśmy w przerażenie. W ten sposób bogowie stworzyli nereidy, okeanidy, najady, driady, hamadriady, oready. Dzięki nim powstały jednorożce, feniksy, chimery, hydry, fauny, czy centaury. Przywódców spisku przemienili w smoki. Każdy z hellosów i glamenów otrzymał również pewną cechę i obsesję, która byłą silniejsza od niego.
- Jaka jest twoje brzemię w takim razie? – spytał Witek.
Smok nie odpowiedział. Rozejrzał się jeszcze raz po swojej grocie, jakby tęsknym spojrzeniem. Wzniósł swoje oczy ku świetlikowi i rzekł:
- Już czas Wituś, twoja Marysia czeka na ciebie. Nie możesz przecież przesiedzieć tu całego dnia. Oczekuj mnie przy głazie zamykającym wejście groty – mówiąc to smok rozpostarł błoniaste skrzydła i uderzając nimi potężnie wzniósł się w górę. Jego rogi i skostniałe tarczki na grzbiecie natarły na sklepienie pieczary. Pojawiły się pierwsze pęknięcia, a z sufitu odpadły pierwsze skalne bloki. Smok próbował dopóty w sklepieniu groty nie pojawił się otwór, w którym mógłby się zmieścić. Widząc światło słoneczne smok wydał przeraźliwy ryk. Tymczasem Witek oszołomiony przez potęgę skrzydeł smoka biegł korytarzem prowadzącym do wyjścia pobrzękując swoją zbroją. Wyjście zastał nadal zawalone głazem. Tymczasem smok przysiadł u zbocza góry, w której była jaskinia, wydał kolejny przeszywający ryk i odwrócił się w stronę zarośli:
- Wyjdź moja Ferio, skoro nie przeraziłaś się mnie musisz go naprawdę kochać – z krzaków wyszła zapłakana i przerażona dziewczyna – Obiecaj mi, że będziesz dla niego dobra. To uczciwy chłopak.
Mówiąc to smok chwycił pazurami kamień zamykający wejście do groty i rzucił nim w las łamiąc przy tym wiele drzew. Młodzi padli sobie w ramiona, szepcząc czule do siebie.
- Witek, w wiosce powiedz, że przepędziłeś smoka, to na pewno pozwoli ci się wkraść w łaski ojca Marysi
- Poczekaj smoku, jak brzmi twoje imię? – jednak jego słowa zagłuszył szum skrzydeł nieśmiertelnej istoty, która właśnie odlatywała myśląc: „I tak nie zdołałbyś go wypowiedzieć...”.
Edytowany 14:06:35 3.3.2010 przez Xentis
2010.03.03 14:05:55
Post na medal
cytuj | ID:6887894 |
Początek strony Strona: [1]

Temat zamknięty, nie można w nim pisać postów

Forum Margonem > Poradniki i inne pomoce > Historia Margonem

Podaj powód dlaczego oceniasz post na

Przydzielenie oceny kosztuje Cię 1 punkt reputacji!

* pole nieobowiązkoweLimit znaków 0/30

Zgłoszenie postu do moderacji.
Poniżej możesz podać powód Twojego zgłoszenia.

Pamiętaj, że za bezsensowny komentarz możesz otrzymać knebla i stracić swoją reputację.

Limit znaków 0/150

-- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -
AND grp=0