Momencik

Czekaj na odpowiedź servera..

Uwaga

  

Forum Margonem > Publicystyka > Toster i czajnik - zawód student

[Przeszukaj temat] [Dodaj do ulubionych]
Koniec strony Strona: [1] [2]

Zadziewiczacz

87354
2850
Jak to kiedyś ktoś mądry powiedział, eksperymenty przeprowadza się na studentach, bo jest ich dużo i na szczurach, bo są inteligentne. Tym razem zacznijmy od tych pierwszych.

Liceum zleciało jak szalone ale jednak człowiek jakoś znalazł tam przyjaciół, niektórzy wyszli z jego murów z partnerami lub przeciwnie, to tam tych partnerów zostawili. I tak oto po trzech latach słuchania o tym, jak edytować style w Wordzie i tym, dlaczego Słowacki królem poetów był, ruszamy w świat (a przynajmniej do innego miasta) na sławne studia. Uczelnie stały zakorkowane jak angielskie M20, pękały w szwach od, już niedługo, elity polskiej młodzieży, przyszłych magistrów, inżynierów, czasem nawet doktorów czy profesorów. Intelektualiści, nie ma co. Lecz dla wielu z nich pojawiał się pewien problem. Mieszkanie.
A raczej jego wybór.
Czy wynająć miejsce w pokoju w centrum miasta? Czy raczej iść z kolegami na duże (i drogie) mieszkanie gdzieś niedaleko uczelni?
Akademik!
Domy studenckie to było coś! Tysiące studentów w tym samym budynku! Jak dobrze pokombinujesz, to nawet będziesz mógł zamieszkać w tym samym pokoju ze znajomym! Umeblowane, wyposażone, no po prostu żyć nie umierać! Do tego imprezy raz na jakiś czas. I ten błogi spokój od rodziców! Cudo!

Gdy dostałem się na pewną sławną krakowską uczelnię (tą, której studenci mają własne miasteczko) popadłem w lekką euforię. W końcu po informatyce zawsze znajdzie się praca, gdzie przez całe dni siedzisz i grasz w Heroes III albo innego Warcrafta a oni jeszcze płacą ci w milionach. Czym prędzej wszedłem na stronę akademików i złożyłem wniosek o pokój, bo niestety mieszkanie było dla mnie za duże (i za drogie). Tak też zaczyna się moja historia.

Pod koniec września zabrałem się za pakowanie. Kurtka na jesień sztuk jeden, płaszcz zimowy sztuk jeden, do tego kilka koszulek, jakieś dwie pary spodni, buty i oczywiście te sławne słoiki. Wcisnąłem tam jeszcze garnek i patelnię, po czym ruszyłem w drogę. Wsiadłem w autobus, pożegnałem się przez szybę z, jakże dumnymi że swego najmłodszego syna, rodzicami i wyjechałem. Kierunek Kraków.

Po drodze wsiadł też jeden znajomy z liceum, który też dostał się na swój wymarzony kierunek (w sumie dziwne byłoby gdyby się nie dostał, średnią w liceum miał wyższą niż stan mojego konta). I tak minęły nam ponad cztery godziny jazdy. Wspominaliśmy jak to cudownie było na tym fakultecie, tak, jakbyśmy mieli już przynajmniej po czterdziestce. Ahh, to były czasy!

Wysiedliśmy na dworcu. Rozeznanie w terenie. Gdzie ten przystanek Politechnika? A, tam. O, jedzie pięćset jedynka, Mati, wskakujemy! Dobra, teraz wysiąść. Jak to było? Miasteczko Studenckie AGH? Ej, to już tylko jeden przystanek!

Tak oto wylądowaliśmy na naszej ziemi obiecanej, niczym alianci na pewnej plaży. Rozmawialiśmy o tym jak cudownie będzie na akademiku, ile wódki wypijemy, ile dziewczyn poderwiemy. Rozstaliśmy się pod Lewiatanem, on ruszył do Kapitolu, mi trafił się akademik o wdzięcznej nazwie Bonus.

W sumie to nie było losowe. Wspominałem już, że miałem mieszkać z dobrym przyjacielem ze szkoły? Nie? Cóż, więc to właśnie on wybrał ten budynek.

Po godzinie czekania w kolejce do administracji w końcu dostałem swój klucz i kartę mieszkańca. Na portierni odebrałem pościel i zapytałem, czy w naszym pokoju już ktoś się zakwaterował.
- Tak, jest tam jeden chłopak, Mirek Gałecki (nazwisko wymyślone na szybko) - usłyszałem od pani portierki w siwych włosach. Ale o niej później. Lekko ucieszony, bo przynajmniej sam nie będę, wdrapałem się po schodach i stanąłem przed moim pokojem. Wdzięczny napis "306" odbijał się w moich oczach niczym w lustrze. Zastanawiałem się jaki będzie ten Mirek, czy będzie dużo imprezował, czy raczej jest pilnym uczniem (pokój był trzyosobowy, miałem tam mieszkać ja, kolega i ten właśnie przypadkowy Mirek). Drżącą nieco ręką wsunąłem klucz do zamka...

I tak kończy się pierwsza, najkrótsza część tej pięknej opowieści, pisanej luźno na kolanie. Wiele mam jeszcze do opowiedzenia, w końcu studia nie trwają tylko dziesięć minut. A więc zakończę to w iście dramatyczny i literacki sposób.


Ciąg dalszy nastąpi(lub nie, zależy od tego, czy mi będzie się chciało pisać i czy wam będzie się chciało czytać)...
2018.08.17 15:38:16
Ocena: 5
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41719583

KONTO USUNIĘTE

Jako nikt ważny, powiem Ci że dobrze Ci poszło!
Czekam na kontynuacje.
Przerywniiik.
2018.08.17 17:12:23
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41720152

Yraien

316203
1447
Uważaj z tym podawaniem nazwy akademika i numeru pokoju, żeby najazdów nie było
Również czekam na ciąg dalszy.
2018.08.18 00:32:44
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41722906

Zadziewiczacz

87354
2850
Yraien:
Zapraszam, ja już tam nie mieszkam

Zanim zdążyłem otworzyć drzwi poczułem lekkie klepnięcie w ramię. Z pokoju obok wyszedł mój sąsiad. Przedstawiliśmy się sobie.

Maciek, bo takie wybrałem mu imię, był trochę niższy niż ja, na twarzy miał wypisane "przegrałem". W sumie nawet trochę żal mi się go zrobiło, ale po dłuższej rozmowie, już nieco później, zrozumiałem, że mimo tego wyglądu jest on bardziej "wygranym" człowiekiem, niż ktokolwiek z nas. A do tego świetnie grał na gitarze, na co wyrywał dziewczyny.

Wszedłem do pokoju. Moim oczom ukazał się widok miejsca, w którym miałem spędzić najbliższe dziewięć miesięcy. Trzy biurka, dwa łóżka, jedno piętrowe i jedno jednoosobowe (swoją drogą jakieś dwa dni później poznałem ich nazwy, na górze jest konar, dół to dziupla, a pojedyncze ma wdzieczne imię, którego synonimem jest kurtyzana i za które można na tym forum wyłapać knebla). I to właśnie na tym ostatnim spał on. Nieco wyższy ode mnie Mirek. Miał włosy sięgające do szyi, lekki zarost i około dwadzieścia kilo niedowagi. Jako że ja wyglądałem trochę jak beczka, na którą ktoś narzucił koszulkę, pomyślałem, że może chłopak źle się odżywia. Jednak kiedy zabrałem się za wypakowywanie torby z milionem słoików, moim oczom ukazała się lodówka pełna mięsa. Nie, serio, wszędzie było mięso. Wołowina, wieprzowina, drób. Więc dlaczego był on taki szczupły? A no dlatego, że całe to mięso nie było jego. U chłopaków z pokoju obok wymieniali lodówkę i sobie na chwilkę przenieśli to do nas.

Ale dosyć już o tym jak wyglądał. To co miał w głowie było o wiele dziwniejsze, niż wygląd a la "kucu de Korwin". Kiedy zamknąłem lodówkę Mirek się obudził. Lekko zaspanymi jeszcze oczami (w pięknym kolorze zieleni, gdyby nie to że jestem hetero to bym go nawet rym cim cim) popatrzył w moją stronę. Ja się przestraszyłem, bo moje nawiązywanie znajomości było na poziomie niższym, niż nowa postać w wiosce startowej, uśmiechnąłem się jak głupi i powiedziałem:
- Elo, Zadziew jestem heee.

Musiałem wyglądać żałośnie. Ba, wręcz naprawdę najgorzej na świecie. Ale on po prostu wstał z łóżka (w samych gaciach), podał mi rękę i rzekł:
- Cze-cześć, Mi-Mirek.

Gość mógł swoim głosem zapodawać beat na bitwach freestylowych. Jąkał się jak Polonez startujący na mrozie. Ledwo powstrzymałem śmiech (co spowodowane było takim jednym Danielem z wodogłowiem z podstawówki, co zawsze się jąkał i wszyscy się z niego śmiali a potem przychodziła jego mama i już nikt się nie śmiał), nawet nie rozpakowałem się do końca, tylko skręciłem papierosa, bo niestety okropny palacz ze mnie i wyszedłem z pokoju w kierunku balkonu. Był on na końcu korytarza, ale dzięki szybie w drzwiach od razu wiedziałeś, czy ktoś na nim jest. Przechodząc obok klatki schodowej tak jakby z przyzwyczajenia odwróciłem głowę w kierunku okien.

Wtedy zobaczyłem ją. Blada, piękna buzia, czerwone pełne usta i oczy, wielkie, patrzące w kierunku drzwi do kuchni. Ale niestety nie była sama. Obok miała jego. Gościa, z wyglądu trochę jak Mirek, tylko że miał kilkanaście kilogramów więcej. Siedzieli na schodach, on jej coś mówił, a ona jakby wołała o pomoc, uwolnienie z opresji.

Gdyby nie to, że kontakt z dziewczynami kończył się u mnie na "dzień dobry" wypowiedzianym do kasjerki w Lewiatanie, to chętnie bym ruszył pomóc mojej przyszłej wybrance serca. Jednak wtedy moje myśli krążyły tylko wokół tego, żeby jej chłopak nie zauważył, jak chamsko ją obczaiłem. I mimo, że nasze pierwsze spotkanie trwało dwie sekundy, nigdy nie zapomnę tego uczucia. Uczucia spojrzenia na moich plecach. Jej spojrzenia.

Na balkonie była tylko jedna osoba. Wysoki, przypakowany, nazwijmy go Seba, bo właśnie takie imię do niego pasowało, chociaż, kiedy już porozmawialiśmy, nazwałbym go raczej kimś między Laską z "Chłopaki nie płaczą" a Pitagorasem, tym od twierdzenia. Dlaczego? Bo po pierwsze jarał tyle zioła, że mógłby nim zaopatrywać pół Polski, a po drugie zdał maturę z matematyki na dwa razy sto procent. Tak, podstawę i rozszerzenie na stówki. Był też na IET, chyba najlepszym wydziale na uczelni. To już jego drugi rok tutaj, zachwala sobie akademik bardziej, niż cokolwiek innego. Nie wiem czy to że względu na klimat studencki, czy raczej na to, że tutaj trawa szła jak ciepłe bułeczki. Ogólnie, to Seba zawsze chodził w bluzie "Śmierć wrogom ojczyzny" i dresach. Brakowało mu tylko kaszkietu.

W drodze powrotnej do pokoju nie spotkałem już tej ślicznotki. Lekko smutny, że nie zadziałałem, wszedłem przez drzwi.

Mirek siedzi na łóżku z fletem.

Wiedziałem że coś z nim jest nie tak. Nie był to jakiś profesjonalny flet, czy Fletnia 9k TurboPana. Taki o zwykły flet z kiosku, plastikowy. Wydawał dźwięki podobne do rannego nosorożca. Właściwie coś pomiędzy nim a szympansem obdzieranym że skóry. Jak gdyby nigdy nic położyłem się w łóżku, żeby troszeczkę odpocząć.

Mirek przestał grać po trzech godzinach. Uszy przestały mnie boleć po pięciu. Za oknem robiło się już trochę ciemno, więc postanowiłem, że koniec czytania "Dnia Smoka" na telefonie, trzeba się w końcu rozpakować. Środkowa szafa moja.

W sumie, po tym niesamowitym koncercie, na którym przeplatały się "My heart will go on" i "Barka", dalej nie miałem na nic siły. Po prostu wysypałem rzeczy z torby do szafy, wyciągnąłem stamtąd patelnię, garnek, talerze i kilka sztućców, położyłem je na parapet. Zająłem też biurko, to przy lodówce, żeby blisko było do jakiejś szybkiej przekąski podczas wyczerpującej nauki w środku nocy (która z czasem zamieniła się w granie w Ligę Legend albo Kontratak 1.6 na lanie).

Wieczorem byłem umówiony z kilkoma znajomymi ze szkoły na szybkie piwko. Wskoczyłem więc w jakąś koszulę, popsikałem się dezodorantem z Tesco (w zapachu trochę jak lawenda z Wunder Bauma) i ruszyłem w balet.

Wylądowaliśmy w knajpie o wdzięcznej nazwie BaniaLuka (tej na Szewskiej). To tutaj było piwo za cztery złocisze, gin z toniciem za sześć i dziewczyny za darmo, bo w końcu wystarczyło tylko zagadać. I mimo tych wszystkich pięknych studentek (odbywała się tam integracja Ekonomicznej i Jagiellońskiego) ja dalej myślałem tylko o pięknej anielicy z akademika.

Do pokoju wróciłem o piątej rano. Nie byłem nawet za bardzo pijany, w końcu skończyło się na trzech piwach i dwóch (chyba) szklankach ginu z toniciem. Przechodząc obok kuchni usłyszałem kłótnię dobiegającą zza zamkniętych drzwi. Dziewczyna krzyczała, że ma ją w końcu zostawić. Chłopak krzyczał, błagając, żeby zostali razem. Ahh, nigdy nie zrozumiem związków. Złapałem za klamkę do trzysta sześć. I to właśnie wtedy to usłyszałem...
2018.08.19 00:09:56
Ocena: 4
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41727784

Yraien

316203
1447
Przerywnik. Mam nadzieję, że się przyda ^^
2018.08.19 00:47:29
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41727943

evinco

125143
160
Wszedłem tu, bo kliknąłem na złą nazwę działu. Zahaczyłem o temat, bo nazwa jakby bliska sercu. Ciekawie piszesz. I obrazowo, przez co zaśmiałem się, jak dotąd, dwa razy. Mam szczerą nadzieję na kontynuację.
Trochę żal, że nie wyjechałem do innego miasta na studia
2018.08.19 01:33:26
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41728105

Zadziewiczacz

87354
2850
Yraien:
Przyda się, nawet nie wiesz jak

Ktoś grał na gitarze z pokoju obok. Ale nie było to "Whisky" czy inna "Piła Tango". Ten ktoś grał "Through the Fire and Flames" Dragonforce'a. Nie dość, że nie fałszował, to jeszcze po cichu to nucił. Wręcz szeptał. Zapukałem do jego drzwi. Gitara ucichła, usłyszałem lekką wiązankę o tym, że to portierka przyszła wystawić mu raport. Brzdęk butelki, szczęk zamka w drzwiach i, niemiłosiernie głośne, skrzypnięcie zawiasów. Otworzył mi gość z postury wyglądający trochę jak kadź do piwa. W sumie to z zapachu też jak kadź.
- E Maciek spoko, to tylko ten nowy. - powiedział, widząc mnie w progu. Maciek zaczął znów grać, tymczasem ja i ten drugi zaczęliśmy rozmawiać.

Nazwijmy go Dorian. Nie wiem dlaczego, ale zawsze kojarzył mi się z tym imieniem. Dorian był na trzecim roku matematyki i dziennie pochłaniał tyle piwa, ile mi wystarczało na dwa tygodnie. Przez cały okres tego, jak mieszkałem obok nich, nie było chyba jednego razu, kiedy byłby trzeźwy. Zrozumiałem, że poszedł na studia nie po to, żeby studiować, tylko żeby być studentem.

Dorian miał jeszcze jedną cechę charakterystyczną. Jego prawa brew była biała. Ogólnie miał jasne blond włosy, ale ta jedna część jego twarzy wyglądała, jakby oblał testy na wiedźmina dopiero na drugim etapie. Trochę wstyd mi było zapytać o co z nią chodzi, czy to specjalnie rozjaśnione, czy też jakaś wada. Jednak na którejś imprezie z rzędu wyszło na jaw, że ma bielactwo. Pod, długimi do ramion, włosami chował białą plamę, która mieściła się na karku.

A Maciek zawsze się z niego śmiał, że ma defekt na twarzy. I do tego jeszcze tą białą brew.

Posiedziałem z nimi gdzieś do siódmej rano. Po piwku w dobrym towarzystwie wróciłem do pokoju. A tam Mirek. Przy komputerze. Gra w Minecrafta. No dobra, nie wnikałem w to, ile czasu już przed tym siedział, ale wiem, że zdążył wypić dwa Red Bulle i herbatkę. Gdy mnie zobaczył powiedział tylko "Cze-cześć", co nadal niesamowicie mnie bawiło. Powiedziałem mu szybkie "siema", ściągnąłem koszulę i spodnie. Padłem zmęczony do łóżka.

Obudziłem się dosyć wcześnie, jakoś o czternastej. Mirek jeszcze spał ale za to przyjechał Andrzej, mój dobry znajomy ze szkoły.

Andrzej był fanatykiem biegania, jazdy na rowerze, Nokii, taniej wódki, Marlboro Goldów i polskiego rapu. To ostatnie po pewnym czasie było nie do wytrzymania, ale nie dawałem tego po sobie poznać (co najwyżej kilka razy go zwyzywałem, wielkie mi halo). Z wyglądu powiedziałbym, że taka piłka do rugby, ale trochę chudszy. W ciągu kilku następnych miesięcy odchudził się jeszcze bardziej i z piłki stał się kijem do miotły. Ogólnie zawsze go jakoś tak lubiłem i szanowałem. No może oprócz tych momentów, jak graliśmy w CSa i krzyczał coś po rosyjsku, bo nie chciał nikogo głośno obrażać w naszym języku (byliśmy w klasie w liceum z dwoma językami - angielskim i rosyjskim). Miał też dwóch braci w Krakowie, ale o nich trochę później.

Przywitałem się z nim (po cichu, żeby nie obudzić wyczerpanego ciężką nocą Mirka), skręciłem po papierosie dla mnie i dla niego. Wyszliśmy z pokoju. Na korytarzu powiedziałem mu, że dziewczyny są tu nawet całkiem niezłe, co skwitował lekkim uśmiechem. Lubiłem u niego ten chłód. Powiedziałbyś mu, że zmarł mu pies, a on tylko uśmiechnąłby się i zapytał kiedy pogrzeb. Taki był z niego twardziel.

Przechodząc obok schodów miałem cichą nadzieję, że ona tam będzie. Niestety, tym razem moja niespełniona miłość pewnie jeszcze siedziała w pokoju. Na schodach stał tylko chłopak z pluszową piłką do nogi.

Szymek, bo tak go nazwiemy, miał chyba ADHD. Gdy tylko nas zobaczył podbiegł, cały czas kopiąc szmacianą piłkę. Przedstawił się, zaczął wypytywać na którym roku jesteśmy, bo on jest już na piątym, czy lubimy piłkę nożną i czy byśmy z nim nie pograli, jakiej muzyki słuchamy i czy wiemy, że palenie źle wpływa na zdrowie. To wszystko ujął w pierwszym zdaniu, jakie wypowiedział. Po lekkim osłupieniu odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania i, z fałszywym uśmiechem, udaliśmy się na balkon. Szymi jeszcze kilka razy nas o coś pytał, bo pech chciał, że mieszkał w pokoju zaraz obok wejścia na palarnię, my tylko przytakiwaliśmy i uśmiechaliśmy się, nie rozumiejąć nawet połowy tego, co nam powiedział.

W trakcie naszego palenia na balkonik wszedł Seba. Wyciągnął blanta i odpalił. Charakterystyczny zapach uniósł się w powietrzu. Andrzej, już lekko podekscytowany, zaczął z nim rozmawiać. Od słowa do słowa okazało się, że nasz drogi Sebuś ma za dużo zioła i może coś odsprzedać po niskiej cenie. Byliśmy tak zajarani tą ofertą, że przez cały pobyt w akademiku nie kupiliśmy nawet grama. Seba swoją drogą studiów nie skończył, na trzecim roku na juwenaliach wpadł z kilkoma działkami zioła i dostał zawiasy. Szkoda, miał potencjał.

Wracając do pokoju nie spotkaliśmy już Szymka ani tej baśniowej dziewczyny. Przekroczyliśmy próg do trzysta sześć. Mirek już nie spał. Andrzejek się z nim przywitał, ale, w przeciwieństwie do mnie, nie potrafił się opanować. Wybuchnął śmiechem, a kiedy Gałecki zapytał go o co chodzi, ten tylko powiedział, że "Hehe bo Zadziew mi opowiedział fajny kawał i mi się tak przypomniało". Potem zabrał się za rozpakowanie torby, jednak na jego twarzy został ten wyraz, jakby to reinkarnacja Daniela z wodogłowiem przed nim stanęła.

Stwierdziłem, że skoro już wszyscy tu jesteśmy, to może strzelimy sobie po piwku. Ubrałem buty i wyszedłem do sklepu. Schodząc po schodach poczułem coś dziwnego, ale znajomego. To to samo uczucie co dzień wcześniej. Popatrzyłem za siebie. To właśnie ta piękność. Szła powoli, jakby licząc schodki. Już miałem zagadać, ale śniadanie (na które zjadłem tosty) zaklinowało mi się w gardle i nie potrafiłem wydusić ani słowa. Tak się przynajmniej tłumaczyłem, wiedziałem, że to tylko i wyłącznie przez moją mentalność nie mogłem zagadać (bo pewnie by mnie pogryzła albo, co gorsza, odpowiedziała).

Popatrzyła na mnie. Uśmiechnęła się lekko, poprawiła swoje brązowe włosy i przyśpieszyła. Nie wiem co się stało, ale nagle w mojej głowie pojawiła się nutka rywalizacji. Zacząłem zbiegać po schodach, nie mogłem pozwolić jej wygrać. Dogoniłem ją na ostatniej prostej. "No, zagadaj, powiedz przynajmniej cześć głupku" mówiłem do siebie w myślach. Lecz stało się coś, czego nawet Nostradamus by nie przewidział. To ona zaczęła!
- Hej, mieszkasz w trzysta sześć, prawda? - jej anielski głosik odbijał się echem w moich uszach i sięgał aż do samego dna serduszka. - Wiesz, mieszkam naprzeciwko, w trzysta siedem. Kasia jestem.

Kasia. Jedno słowo wystarczyło, żebym już zaczął wyobrażać sobie naszą wspólną przyszłość. Jak nazwiemy dzieci? Gdzie wyślemy je do szkoły? Czy pierścionek z dwoma dia...
- KASIA! CHODŹ JUŻ, CZEKAM KOCHANIE! - usłyszałem za plecami. To ten palant, mój arcy nemezis, wróg publiczny numer jeden.

Piękność z naprzeciwka popatrzyła obojętnym wzrokiem na swojego, nieco mniej pięknego, bohatyra. Pożegnała się ze mną (mogę nawet powiedzieć, że chyba zrobiła to ze smutkiem), po czym wyszła przed akademik i, razem z Karolem (tak go nazwała, kiedy wyszła z budynku) ruszyła w kierunku Biedronki. Ja, jakby nigdy nic, lekko tłumiąc złość i nienawiść, to do Karola to do siebie, poszedłem do Lewiatana. Kupiłem tam trzy Żywce i połówkę Żubrówki Białej. Spakowałem się w mały plecak, który miałem ze sobą.

Wracając do pokoju cały czas myśłalem o mojej Kasi. I wtedy właśnie doznałem oświecenia. Coś jakby nagle strzelił we mnie piorun.

Wpadłem do pokoju, skręciłem papierosa, wybiegłem na balkon. Po drodze zignorowałem Szymiego, który kopał piłką w ścianę. Przecież jej głos. Ja ten głos znałem!

@Edit Literóffffka
___________________________________
Edytowany 14:42:25 19.8.2018 przez Zadziewiczacz
2018.08.19 13:55:19
Ocena: 4
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41729997

Yraien

316203
1447
I cyk przerywnik

@+ więcej wiary w siebie
Edytowany 14:39:27 19.8.2018 przez Yraien
2018.08.19 14:17:00
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41730193

Kryska

2181511
4496
po raz pierwszy od dawna mam ochote czytac dalej cos, co ktos napisal w tym dziale
(a no i pozdrawiam z doswiadczen w krakowskich akademikach, sama mam, hmm...niezapomniane..., choc nie z oslawionego Miasteczka)
2018.08.20 20:48:47
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41739223

Zadziewiczacz

87354
2850
Zgadnijcie, komu w niedzielę w pracy posypał się serwer i kto siedział dwa dni, grając w pokemony na emulatorze i udając, że stara się naprawić problem

Kryska:
W sumie miło to słyszeć od starego wyjadacza Publicystyki (pamiętam jeszcze jak robiłaś poradniki dla piszących, to były czasy). Miłego czytania części dalszej życzę

Yraien:
A Ty już wiesz co masz robić, przerywnik poproszę i dziękuję, jakoś lepiej się pisze, kiedy wiesz, że ktoś to może czytać


Przez głowę przelatywały mi miliony myśli. Powolnym ruchem odpaliłem papierosa. W końcu, o ile się nie myliłem, to była moja szansa! Szansa na zdobycie dziewczyny!

Otóż zapytacie pewnie skąd znałem jej głos... Dawno temu, jeszcze jak byłem małym Zadziewiczusiem i szukałem gliny w piaskownicy, to... Nie no, tak szczerze, to jej słowa przypomiały mi te krzyki, które słyszałem w nocy z kuchni. To właśnie Kasia, moja droga, porcelanowa laleczka, misiaczek Kasiunia kłóciła się z Karolem. Czy to znaczy, że nie chcą już być razem?

Haha, jackpot! Już w pierwszym tygodniu znalazłem wymarzoną dziewczynę i do tego chce się rozstać z chłopakiem! Byłem tak zajarany tym wszystkim, że jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem do mamy, tylko po to, żeby dowiedziała się o Kasi. Mama skwitowała to lekkim „SŁUCHEJ NO NAJPIERW NAUKA POTEM DZIEWCZYNY CO”. Ahh, była taka dumna.

Już trochę później, jakoś trzy godziny po rozmowie z mamusią, dowiedziałem się też, że Mirek ma słabą głowę. Ale serio, taką mega słabą. Po piwku był już wesoły. Ale żebyście go widzieli po wódce. Nagle przestawał się jąkać, jego dykcja była wręcz idealna. Gorzej z ruchami. Chodził jak Jack Sparrow po tygodniowym maratonie rumu na Tortudze. Długie kroki, dziwna gestykulacja. Cóż, był jeden plus – nie ważne w jakim stanie, Mirek zawsze śmieszył. Potem skoczyliśmy do chłopaków z pokoju obok, Doriana i Maćka. Wypiliśmy z nimi jeszcze połówkę (na pięciu, słabo) i ruszyliśmy na miasteczko. A dokładniej grillowisko, międzyjamnicze, grilloprzestrzeń czy jak to tam teraz nazywają. Był to taki placyk między akademikami, gdzie każdy chlał do woli a policja nie przychodziła, bo nie mogła.

Poznałem tam Leha. Nie, tu nie ma błędu. Leh, tak mam go do teraz zapisanego w kontaktach na telefonie (mimo, że nie zadzwoniłem do niego nawet raz, w sumie to nie wiem skąd mam jego numer).

Lehu był starszy od nas o trzy lata. Miał metr sześćdziesiąt wzrostu. A ważył tyle, co Seba (tyle, że ten miał wzrostu prawie dwa metry). Oprócz tego charakterystyczne okularki i broda do połowy klatki piersiowej. W kieszeni mołdawskie Camele. W głowie chęć na wódkę. Poczęstował mnie papierosem. Andrzej to podłapał i szybko zaczął się obok niego kręcić. I jedyne co dostał to wielkie rozczarowanie, heh.

Trochę nas ten człowiek przeraził. Cały czas pytał, czy nie znamy kogoś, od kogo można kupić zioło. Brzmiał jak naprawdę słaby gliniarz. I to taki, którego nawet do drogówki bym nie wsadził. Może to on złapał Sebe na juwenaliach? Kto wie... W każdym razie mieliśmy iść z nim do monopolowego. Chcieliśmy się jakoś wymigać, bo już powolili nas irytował. Ale nie, oczywiście wzięliśmy ze sobą dobrodusznego Mirka, który donośnym głosem dał nam do zrozumienia, że dzisiaj nie zostawimy nowego przyjaciela na pastwę trzeźwości!

Jeśli to czytasz Mirek, to wiedz, że wiem gdzie mieszkasz (w końcu sam mi to po pijaku powiedziałeś).

I tak idziemy do tego monopola. Mirek rozmawia z Lehem, Andrzej lekko się zatacza a ja myślę. Myślę o pięknej dziewczynie, o tym jak zagadać i przede wszystkim o tym, jak ją zdobyć. Może kupić jej czekoladę na pocieszenie? Albo ugotować obiad? Wspólne mieszkanie? Dać jej wybrać imię dla naszego pierwszego dziecka? Aha! Pierścionek z dwoma dia...

- Eeee, Zadziew, chodź szybciej bo się ściemnia! – głos Mirka wyrwał mnie z letargu. Kij z tym, że była już prawie druga w nocy, dla niego właśnie zaczynało się robić ciemno. Na horyzoncie dało się zauważyć połyskujący napis „ALKOHOLE 24”. Ziemia obiecana.

Więcej już o tej nocy nie napiszę, bo to co się stało powinno być karalne (i też dlatego, że większości z tych karalnych rzeczy nie pamiętam), w każdym razie wróciliśmy do pokoju koło ósmej rano. Poszedłem spać.

I wtedy zaczęły się te sny. Nie były one może straszne, ale wzbudzały lekki niepokój. Towarzyszą mi po dziś dzień, co jakiś miesiąc mam jedną noc, po której budzę się z uczuciem, że coś jest nie tak.

Wszystkie wyglądają podobnie. Jestem gdzieś ze znajomymi, nagle oni odchodzą, siadam na ławce, dosiada się do mnie dziewczyna, łapie mnie za rękę, prowadzi do drzwi i je otwiera. Nigdy nie wiem, co jest po drugiej stronie, bo jest tam ciemniej niż w serwerowni Margonem. I wtedy się budzę.

Ale najdziwniejsza jest ta dziewczyna. Zawsze w zimowym płaszczu, kapturze na głowie, krótkich blond włosach i czymś w stylu ochraniaczy na nogę. Takich, jakie stosuje się na treningach sztuk walki. Tyle że jej są ze szkła. Za każdym razem bosa i... No właśnie, to tyle co można o niej powiedzieć. Nic nie mówi, nie widzę jej twarzy. Ale mam to dziwne uczucie, że skąś ją znam. Skąd? Bóg jeden wie. Może jakaś stara znajoma albo ktoś, kogo spotkałem tamtej nocy. Nie mam pojęcia.

Obudziliśmy się prawie w tym samym czasie. Była czternasta, czas na śniadanie (bo śniadanie nie zależy od pory dnia, tylko od tego, kiedy się obudziłeś). Dwa tosty z szynką i serem, do tego kawa i papieros. Bueno.

Już kiedy wychodziłem z pokoju, zauważyłem, że nie będę na balkonie sam. Drobna dziewczyna, jakieś metr pięćdziesiąt kilka wzrostu, długie, czarne włosy. Taka typowa Gosia z małego miasteczka. I wiecie co? To serio była Gosia. Paliła L&M slimy mentolowe. Przyjemna osoba, fajnie się z nią rozmawia (kontakt mamy właściwie do dziś). Niektórzy mogliby powiedzieć, że była bardzo ładna. Dla mnie takie maksymalnie sześć na dziesięć, bo niestety Kasia znacząco podwyższyła skalę. Nawet nie wiem jak, ale zleciało nam pół godziny siedzenia na balkoniku. To niesamowite, jak szybko czas leci, kiedy gadasz o jakiś bzdetach z kimś, kto podłapie temat. W tym czasie dołączył do nas też Maciek, który też dosyć sporo palił.

Okazało się, że Gosia mieszka w trzysta osiem, czyli na tym samym składzie co my. Też była na pierwszym roku, Zarządzanie Inżynierią Produkcji. Ale zauważyłem także coś innego. Ewidentnie podobał jej się Maciek. Zalotne spojrzenia, uśmieszki. Ahh, czy młodość nie jest piękna? Miałem tylko nadzieję, że nie robi tego, żeby potem stwierdzić w pokoju, że każdy facet to świnia i nasz cudowny gitarzysta specjalnie ją ignorował. Straciłbym do niej cały szacunek.

W trójkę ruszyliśmy do naszego składu. Po drodze porozmawialiśmy jeszcze o tym, że Maciek wybrał swoje studia, bo śmiesznie brzmiały (Fizyka Teoretyczna, brzmi turbo śmiesznie). Z kuchni zaleciało zapachem indyjskich przypraw. I w tym pięknym aromacie rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Odpaliłem laptopa. Właściwie, to go wybudziłem, bo był w stanie uśpienia. Andrzej robił sobie herbatkę na lekarstwo (pro tip dla alkoholików, herbata z miodem i cytryną działa cuda na kacu), a ja dopijałem swoją kawę. Co ciekawe nie byłem wczorajszy, nie wiem jakim cudem, przecież załadowałem do żołądka tyle wódy, że moja wątroba powoli błagała o pomoc. Mirek niestety był w trochę gorszym stanie.

Wyobraźcie sobie jąkającego się człowieka z zespołem Tourreta. Do tego lekki Parkinson i amnezja (od czasu wejścia do pokoju chłopaków nie pamięta nic). To był właśnie nasz Mirek tamtego dnia. Ale jednak nie przeszkadzało mu to w graniu na flecie przez drugą połowę dnia.

Gdyby mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich fletów w Polsce, to wziąłbym i połamał.

Odpaliłem reddita. Jakaś lalunia znowu pokazuje swoje piersi dla atencji. O, ciężarówka przejechała po głowie faceta i on umarł, tutaj jakieś AMA. Nic ciekawego. I wtedy ktoś zapukał do naszych drzwi...

@edit - Przepraszam, nie Jack Sparrow. KAPITAN Jack Sparrow!
Edytowany 02:06:34 22.8.2018 przez Zadziewiczacz
2018.08.22 02:05:31
Ocena: 6
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41747357

Yraien

316203
1447
Zadziewiczacz:
A proszę bardzo Myślę, że czyta więcej osób niż się udziela ^^
2018.08.22 10:56:59
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41748131

Zadziewiczacz

87354
2850
To teraz taki eksperyment. Ktokolwiek to czyta - napiszcie posta, zobaczę ilu was jest



-Cze-czemu tak gło... Pro-proszę! - Mirek odłożył flet, po czym popatrzył pytającym spojrzeniem na drzwi. Otworzyła je mała blondynka w okularach. Taka urocza, słodziutka Marysia. I tak ją będziemy od teraz nazywać. Błękitne oczka popatrzyły na nas, na buzi pojawił się rumieniec.
- Hej, bo ja... Na wypożyczalni widziałam... Ten no, że macie... Do wina, korkociąg, macie może? - cichy, lekko zmieszany głosik rozszedł się po pokoju. Mirek tylko na nią popatrzył i chwycił flet. Za to Andrzej. Andrzej to już inna bajka. Z zawadiackim uśmieszkiem złapał swój scyzoryk, po czym wręczył go Marysi.
- Masz, tylko uważaj, ostry jest. - chłód bił od niego na kilometr.
- Dzięki... Marysia jestem, miło poznać... - wzrok dziewczynki skierował się na jej buty.

A ten palant powiedział jej tylko "Spoko, cześć". Gdybyście widzieli wtedy jej minę. Taki zbity piesek zmieszany z błotem. Szybko zamknęła drzwi i, jeszcze szybciej, uciekła. Żal mi się jej zrobiło, taka niewinna kobietka tak opluta przez Andrzeja. Jednak gdy ten tylko usłyszał skrzypnięcie zawiasów, odetchnął, jakby z serca spadł mu kamień. Zrobił się cały czerwony. Oparł czoło na dłoni.
- Zadziew... Chyba się zakochałem!

I tak oto mijały ostatnie dni przed zajęciami. Ja rozmyślałem o Kasi i paliłem. Andrzej rozmyślał o Marysi, nowym kawałku Quebonafide czy innego Zeusa. I palił. Gosia marzyła o Maćku. I paliła. A Mirek grał na swoim cholernym flecie. Nie palił.

Pierwszy dzień na uczelni. Zajęcia o ósmej rano. Sprawdziłem swój plan. Chemia.
Co?
Czy ja jestem na medycynie?
Oczywiście, wzorem Maćka, wybrałem przedmiot dlatego, że śmiesznie brzmiał. Informatyka Stosowana, to było coś. Ale chemia? Po co mi to? Dlaczego? No nic, spakowałem zeszyt i ruszyłem do B4, budynku, którym po kilku miesiącach zacząłem rzygać. Wyszedłem na pierwsze piętro. Moim oczom ukazał się całkiem pokaźny tłum, jakieś osiemdsiesiąt osób. A ile dziewczyn!

Szybko zrozumiałem, że to wydział zarządzania miał remont i wszystkie zajęcia zostały przeniesione do naszego budynku. Moja grupka sześćdziesięciu siedmiu osób stała trochę dalej. Wśród nich trzy dziewczyny, chociaż z wyglądu ciężko było stwierdzić, czy to na pewno nie faceci.

Po fascynującym wykładzie, na którym dowiedzieliśmy się o typach wiązań i czymś jeszcze (nie wiem czym, pół z niego przespałem), podszedł do mnie Krzysiek.

Znacie takiego gościa Dark Hunted Ghost? Ziomek siedzi w Off topic i ogląda anime. Gdybym miał strzelać, który z moich znajomych byłby Dareczkiem to właśnie on. Krzysiek był lekko niższy ode mnie, nosił okulary (trzynastki na plusie!) i wiedział o chińskich bajkach więcej niż o życiu. Cały czas uśmiechnięty, miał jakiś dar, przez który każdy chciał z nim pogadać. Przedstawiliśmy się sobie, okazało się, że skończył technikum w Wadowicach (tak, był z Wadowic ), więc jest rok starszy. Nawet zaprosiliśmy się na Facebooku, potem w Lidze Legend. I tak oto Krzychu stał się jednym z moich najlepszych kumpli.

Tego dnia miałem jeszcze Programowanie Obiektowe i, o zgrozo, Podstawy Konstrukcji Maszyn (będę nazywał je PKM, po pierwsze łatwiej, po drugie szybciej). Zajęcia zleciały dosyć szybko, zaraz po nich ruszyłem do akademika, aby oddać się nauce (i graniu w trzeciego Warcrafta). Już z klatki schodowej wiedziałem, że nie będę sam w pokoju. Ten flet niósł się z trzeciego piętra na portiernię, a pewnie nawet w salce bilardowej w piwnicy było go słychać. Raz portierka mnie zapytała, czy nie wiem co za idiota gra całymi dniami na górze. A ja oczywiście udawałem głupiego, że niby nic nie wiem. Po miesiącu Mirek stał się najbardziej znienawidzoną osobą w akademiku. Po dwóch - na miasteczku.

Słodka rzeź elfów, orków i innych ras, które były przeciwne wielkiej Pladze Arthasa zamieniła się w dzikie manewry Hordy pod dowództwem Thralla, wieczór zamienił się w noc, a świetne samopoczucie w lekkie zmęczenie. Jako, że następnego dnia zajęcia zaczynałem dopiero o osiemnastej (kończyłem o dwudziestej, tyle wygrać) strzeliłem sobie kawkę. Do tego dwa tosty i byłem jak król. Śpiący ludzie są tam a ja jestem tutaj. Gram w Warcrafta i nic mnie nie zatrzymuje. Misja na dziesięć minut? Ba, zrobiłem ją w pięć!

Na korytarzu słyszałem jakąś popijawę. Wydawałem więc odgłosy pustego pokoju, tak asekuracyjnie, żeby żaden z uczestników imprezy nie wbił do środka. Mirek spał, Andrzej też. Byłem w swoim świecie! Jeszcze tylko dwie misje i siup, do łóżeczka, jak grzeczny chłopczyk. Dobrze pomyślałem, bo wcześniej wziąłem szybki prysznic, co by nie usyfić materaca. Więc to tak wygląda wolność!

I teraz żałuję, że byłem na tyle głupi, żeby nie iść na tą imprezę

Otóż to właśnie na niej moja słodka Kasia zerwała z Karolem. Poszło o to, że ten za dużo pił. Podobno spoliczkował ją tak mocno, że rozniosło się echo (pff, prawdziwy facet bije z pięści). Gdyby mi go pokazali wtedy na oczy to bym rozszarpał. Może gdybym nie był zajęty przyzywaniem Archimonde'a. Dlaczego wtedy nie wyszedłem? Dlaczego? A co jeśli akurat wyplakałaby mi się na ramieniu? Potem popatrzyła w moje oczy. I ten namiętny pocałunek! Znaczy byłby słaby, bo w tamtym czasie jedyne pocałunki jakie miałem, to te od babci w policzek kiedy mówiła, jakim przystojnym kawalerem jestem. To mogła być moja szansa, żeby z kawalera zmienić się w męża. A ja ją tak zaprzepaściłem.

Poszedłem spać koło piątej rano. W świetnym nastroju, bo akurat skończyłem kampanię orków. Pobudka o trzynastej, szybkie śniadanie, kawa, dwa tosty i papieros. Tym razem jednak na balkonie stał ktoś, kogo w życiu bym się nie spodziewał...


Proszę o przerywnik Pan Yraien.
2018.08.22 23:10:38
Ocena: 6
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41752392

Yraien

316203
1447
Prosze bardzo Pan Zadziewiczacz
2018.08.22 23:13:34
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41752409

Dark Mati

123105
267
Jakoś bardzo mnie to zaciekawiło. Ten sposób opisywania historii... Z życia, ale jednak potrafią zainteresować. Szacuneczek, chętnie też przeczytam następne części.
2018.08.23 10:31:46
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41753400

Mairie

125188
138
Temat w ulubionych i czytam od pierwszego posta.
2018.08.23 12:37:55
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41754027

KONTO USUNIĘTE

Gdyby w szkole były takie lektury, to przeczytałbym wszystkie
Temat leci do ulubionych i śledzę z ciekawością.
2018.08.23 19:42:33
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41756516

Kryska

2181511
4496
taktyczny post obserwacji
2018.08.23 21:58:26
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41757273

Firrael

2071327
3637
Nie czytam wszystkiego, ale niekiedy zaglądam. Przyjemne.
2018.08.23 22:03:24
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41757292

Halven

238242
1368
Przeczytałem wszystko od początku i mam nadzieję, że już piszesz kolejną część. Bardzo fajnie się to czyta.

-
Edytowany 19:50:23 24.8.2018 przez Halven
2018.08.24 19:49:50
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41763604

P-Gandalf-S

283219
1443
fajnie się to czyta, w tym roku ja idę na studia
2018.08.26 08:00:21
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41772063

evinco

125143
160
Nadrobiłem resztę i czekam na więcej.
2018.08.27 23:08:17
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41783699

Caian

314166
934
Więcej, więcej.
2018.08.28 21:06:09
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41788982

Zadziewiczacz

87354
2850
Soreczka mordziunie że tak długo nic nie było, ale praca, delegacja i takie tam. Dalej myślą, że jednak do czegoś się w tym biurze nadaje

P-Gandalf-S:
Jednocześnie polecam i współczuję, zrozumiesz dlaczego
Hyphven:
Ohohoooo to ja już do wydawnictwa piszę

Znacie te sceny z filmów, gdzie bohater siedzi w autobusie czy jakimś innym pociągu i ze smutkiem spogląda za okno? Tak właśnie wyglądała. Jakby dopiero do niej dochodziło, co stało się w nocy. Na jej pięknej twarzyczce wyraz smutku, lekko mieszający się z ulgą. Oczka spoglądające za kratkę na balkonie (są tam kratki, tak, żeby komuś nie zachciało się Magikować).

Moja biedna Kasia. Wyglądała jak chodzące nieszczęście. Kiedy otworzyłem drzwi popatrzyła w moją stronę z, wydawać by się mogło, lekką ulgą. Paliła coś smakowego, nie pamiętam już czy to Camel cytrynowy czy L&M jagodowy. W każdym razie pachniało owocami. Uśmiechnęła się w najpiękniejszy sposób, jaki do teraz widziałem.
- Hej, dobrze cię widzieć... - po tych słowach moje serce zaczęło bić mocniej, niż ojciec jak mu telegazete popsułem bo coś przypadkiem naklikałem na pilocie. - Ej bo ogólnie to... Jak masz na imię?

Imię? Jak ja mam na imię do cholery! Marcin? Michał? Co jest? Nie potrafiłem wydusić z siebie słowa, nie wiedziałem ile to dwa plus dwa, co chyba mi dalej nie przeszło, bo poprawki z matmy miałem cały czas. W końcu wydukałem z siebie "Zadziewbardzomiło". Powiedziałem to tak szybko, że aż musiałem zapisać razem. Kasia lekko się zaśmiała, na Boga, jaki to był cudowny śmiech. Zaczęliśmy rozmawiać.

Opowiadałem jej o tym, jak to robiłem pierwsze setki na rowerze, potem pierwsze setki z kumplami w parku, ile lat uczyłem się grać na pianinie i dlaczego przestałem (depresyjna historia, tak że o tym może później, dajcie znać czy chcielibyście taki smutny wątek poboczny). Od niej dowiedziałem się, że chodziła na KSM (katolickie stowarzyszenie młodzieży chyba, nie jestem pewien), jak to ich opiekun, ksiądz, został pozwany o pedofilię, że jest z Rzeszowa, czyli całkiem niedaleko ode mnie! Minęło pół godziny, potem godzinka, a na koniec umówiliśmy się, że po zajęciach znowu się tu spotkamy.

Czaicie to? Umówiliśmy się na spotkanie na szluga. TO TAK JAKBY RANDKA! A wy co, dalej sami, hehe? Zdradzę wam jeden sekret. Tylko nikomu nie mówcie. Żeby zajść tak daleko musicie być jak ja. Dwadzieścia kilo nadwagi i pół paczki papierosów dziennie. Do tego tygodniowa bródka i lecicie na podryw!

Cały w skowronkach po rozmowie poszedłem na uczelnię. Bezpieczeństwo i Higiena Pracy łączone z Ochroną Własności Intelektualnej. Dwie godzinki. Tyle dzieliło mnie od wyjścia z sali. Piętnaście dodatkowych minut od spotkania z Kasią. Liczyłem. Minuta po minucie. Sekunda po sekundzie. Nie mogłem się doczekać. I nagle... Krzysiek, siedzący obok mnie, podsuwa mi telefon. A tam jakieś anime, już nawet nie pamiętam co dokładniej. Idiota, przez niego pogubie się w tym, ile czasu mi zostało!

Uśmiechnąłem się i przytakiwałem, jedynie to mogłem robić, żeby nie pomylić się w sekundach. Gość był takim fanatykiem, że nawet na wykłady przynosił sobie kolejny tom Bleach i, ignorując całkowicie temat zajęć, wciągał się w niesamowite przygody Ichigo i Gotei 13 (a, zapomniałem dodać, też czasem lubię sobie przymangować). Podziwiam go, że chce mu się tyle tego czytać i oglądać. Z tego samego powodu też się go troszkę boję.

Z tyłu ktoś gadał o tym, że HBO (właśnie, kto wiedział, że to skrót od Home Box Office niech pierwszy rzuci kamieniem) ma fajny serial. Kompania Braci czy coś. Zawsze coś lepszego niż setny sezon "Na Wspólnej" albo innej "Plebanii". Ej, chwila! Już tylko dziesięć minut!

Prowadząca skończyła zajęcia. Nawet dobrze nie powiedziała do widzenia, a ja już wybiegłem z sali (swoją drogą to były jedyne wykłady z tych przedmiotów na których byłem). W podskokach gnałem do akademika, gdzie miała czekać na mnie randka z przeznaczeniem. Przed wejściem do budynku doznałem lekkiego szoku. Andrzej palił papierosa. Znaczy to, że palił nie było dziwne. To, że nie robił tego na balkonie mnie zdziwiło. Szybka wymiana zdań. Andrzejek, Marysia, przeprosiny, przyjąć. Zapisano w pamięci.

Wbiegając na schody znowu coś mi nie pasowało. Nikt nie grał na flecie. Czyżby Mirek już sobie odpuścił? Nie, to niemożliwe, musiało mu się coś stać! Zawał? Oby!

Ale coś, co stało się później sprawiło, że znienawidziłem Mireczka jeszcze bardziej.

Kiedy w końcu doszedłem do drzwi od pokoju usłyszałem zza nich znajomy głos. To Kasia! Co ona tu robiła?! Wchodzę!

Rozmawia z tym patolem od fleta. Gdy tylko mnie zobaczyła od razu się zerwała i zaczęła wyciągać mnie na papierosa. No dobra, skręciłem sobie na szybko jednego (jeśli ktoś chce zacząć palić, to polecam Golden Virginia. Ale nie palecie, proszę) i czym prędzej wybiegłem za Kasią. Całą drogę (czyli jakieś czterdzieści sekund) milczała, z tajemniczym uśmiechem na ustach. Gdy tylko zamknąłem drzwi na balkon zapytała:
- Zadziew, opowiesz mi coś o Mirku?

To zabolało. Tak naprawdę mocno. Po co chciała rozmawiać o Mirku? Poczułem, jakby moje serce rozpadło się na miliony kawałków. Zapytałem dlaczego mamy o nim rozmawiać.
- No bo wiesz. Fajny jest nawet.

Wypaliłem do końca, powiedziałem Kasi, żeby zapytała o Mirka kogoś innego i wyszedłem z balkonu. Szybkim krokiem ruszyłem do trzysta sześć, gdzie już czekał mój współlokator. Grał na swoim pieprzonym flecie. Położyłem się. Nawet lekko zachciało mi się płakać. I wtedy usłyszałem to...
- E, Za-zadziew, b-bo w su-sumie to na-nawet fajna ta Ka-Kasia...

Drogi Mirku. Chciałem cię wtedy zabić. Założyłem słuchawki. Symphony of Destruction. W końcu coś innego, niż chore beaty fleciarza. Poczułem słony posmak w ustach. Mała kropelka zostawiła tylko ślad na policzku. Chyba jednak nie było mi to pisane. Zamknąłem oczy i, nawet nie wiem kiedy, zasnąłem. Obudził mnie dopiero dźwięk skrzypiących drzwi, gdzieś o drugiej w nocy. I tego to już naprawdę się nie spodziewałem...
2018.08.30 04:15:06
Ocena: 12
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41795944

Yraien

316203
1447
*rzuca kamieniem*
Możesz dać ten wątek poboczny, zawsze to więcej dobrego tekstu ^^
Czekamy na ciąg dalszy
2018.08.30 12:11:40
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41796552

Falfanna

21445
424
Wciągnęłam się bardzo mocno i tak czytam, i czytam z uśmiechem na ustach
Czekam niecierpliwie ^^
2018.08.30 18:46:33
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41798464

Inilth

30475
351
Genialne, szkoda że dopiero teraz zerknąłem w ten dział, bardziej wciągające niż niejedna książka
2018.09.02 05:01:16
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41811987

Sove

300209
849
Jeszcze lepiej się to czyta, jeżeli wiem, że za miesiąc będę mieszkał w tym miasteczku studenckim (Zarządzanie i Inżynieria Produkcji - dziewczynyyyy <3)
2018.09.03 00:03:54
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41816509

Zadziewiczacz

87354
2850
Sove:
O, jak na ZiP to może będziesz mieszkał w bonusie. Daj znać jak się wprowadzisz, pójdziemy na piwko

Inilth:
Oh stahp it youuu...


Ten, kto miał do czynienia z serialem „Trailer Park Boys” pewnie pamięta scenę, gdzie Julian owinięty kocem próbuje wejść do szopy, w której mieszka Bubbles. Tak samo musiało wyglądać to, jak do naszego pokoju wpadł pijany, półprzytomny Turek. Sytuacja była podobna głównie dlatego, że Turek miał kręcone włosy do pasa, które po syntezie z jego niechęcią do szamponu przypominały raczej koc niż coś, co każdy z nas ma na głowie (no, prawie każdy, okej). Po lekkim obadaniu terenu, które polegało na rzucaniu spojrzeniami w losowe miejsca pomieszczenia, nasz kebabowy przyjaciel (żeby nie było, serio pracował w kebabie po zajęciach ) uśmiechnął się i zapytał, tak jakby nigdy nic: „Hey guys, what are you doin In my room?”.

Tak, gość pomylił pokoje i jeszcze to nam wmawia, że nie powinno nas tu być. No nic, po krótkiej rozmowie okazało się, że nazywa się Furkhan a to jego pierwsza impreza z polakami. Potem jeszcze coś tam ponarzekał, że ci szaleni studenci nic się nie uczą. Na pytanie gdzie mieszka odpowiadał tylko „He, yeah”. Był tak pijany, że nie odróżniał podłogi od sufitu. Po jakiś dwudziestu minutach wstał i, cały czas trzymając kubeczek w dłoni, wyszedł. Nawet się nie pożegnał!

Mając za sobą nieco ciężką noc (spałem w sumie tylko cztery godziny, bo po wejściu smoka nie mogłem zasnąć do piątej), wygramoliłem się z łóżka. Była jakaś siódma rano, nie później. Popatrzyłem na Mireczka, który jeszcze wtedy smacznie spał, rzuciłem okiem na nóż kuchenny. Jakoś tak do siebie pasują, co? No nic, muszę jakoś przeżyć najbliższe dziewięć miesięcy z tym samym bólem, który czułem poprzedniego wieczoru. Przynajmniej w ten sposób myślałem.

Szczotkując ząbki pomyślałem nad tym, co się wczoraj stało. Widocznie naprawdę nie byliśmy dla siebie przeznaczeni. Teraz już przynajmniej wiedziałem, że Michał i Michalina nigdy się nie urodzą, a pierścionek z dwoma diamentami zamieni się w odległy sen. Nagle z pokoju naprzeciwko wyszła Gosia. Zaspana, rozczochrana. Naturalna. To właśnie mi w niej imponowało. Nie starała się o to, żeby wyglądać jak najpiękniej. Nie nakładała sobie zaraz po przebudzeniu tony tapety i lakierów. Gosia była Gosią. Śliczną, nie ważne kiedy byś ją zauważył. Uśmiechnęła się w moją stronę.

- Hej Zadziew, ty też na… Mwaaaaaaaahhhh… Ósmą dzisiaj? – zapytała, ziewając i przeciągając się jak kotek, który został właśnie obudzony z cudownego snu. Pokiwałem tylko głową, potwierdzając. Wyplułem resztki pasty do zębów. Wróciłem do pokoju, skręciłem papierosa i, razem z sąsiadką, poszedłem na balkon.

A ten Andrzejek to chyba miał jakieś supermoce, które odpalają się, gdy odpalam zapalniczkę. Nawet dobrze nie zapaliłem papierosa, a ten już stał w drzwiach ze swoim szlugiem. Jeszcze pięć minut temu spał! No nic, przywitałem się z lokatorem i zapytałem jak tam próba pogodzenia się z Marysią. Na te słowa Gosia zamieniła się z potulnego baranka w kogoś, z kim spotkanie mogłoby zakończyć się śmiercią. Wykrzyczała się na mojego serdecznego kolegę, wyzywała go od świń, a my nawet nie wiedzieliśmy o co chodzi.

Właśnie. O co chodzi? A o to, że Marysia i Gosia to najlepsze przyjaciółki. I to od dobrych dwunastu lat! Podobno tamtego feralnego dnia przyszła do pokoju zapłakana i mówiła, jak to ten seksowny chłopak ją olał. Wtedy zrozumieliśmy, że ktoś tu ma bardzo nieciekawą sytuację. Jednak Andrzej jak to Andrzej skwitował wszystko swoim chłodnym uśmieszkiem i powiedział tylko „He, już mi wybaczyła…”. I rzeczywiście tak było. Otóż wczoraj Andrjej zabrał Mary na spacerek, gdzie wyjaśnił jej, że on już tak ma, zawsze spławia ludzi a potem tego żałuje. Że w sumie to jest bardzo fajną dziewczyną i takie tam. Nie powiem, chłopak miał gadane. Pewnie po tej rozmowie Marysia miała już w głowie wizerunek Andrzejka w czerwonej pelerynie i wielką literą S na piersi. Niestety, ale jej superbohater bardziej niż obcisłe gacie wolał luźne dresy.

Gosia była jeszcze lekko na niego wkurzona, ale nie okazywała tego aż tak. Wyrzuciliśmy kiepy i zaczęliśmy wracać do pokoju. Po drodze Andrzej jeszcze kilka razy oberwał lekko po głowie za to, jak potraktował Marysię. Stojąc już przed drzwiami usłyszałem, jak nasza sąsiadka z kimś rozmawia. Odwróciłem się. Tak oto moim oczą ukazało się cudo. Cudo z lekko kręconymi, brązowymi włosami. Z okularkami a la Harry Potter. Z figurą piękniejszą niż Wenus z Milo. I przede wszystkim – z uśmiechem piękniejszym niż wszystkie, które wcześniej widziałem.

Kasia. Kim była Kasia w porównaniu do niej? Była ona tylko wierzchołkiem góry lodowej zwanej kobiecością. Za to Patrycja była tym wszystkim, czego załoga męskiego Titanica nie zauważyła. To ona miała w sobie to coś, czego szukał każdy facet. Dziwnie intrygująca, diabelnie piękna. Chciałem, aby ta sekunda trwała wiecznie. Abym cały czas czuł to, co wtedy, gdy ją zobaczyłem. Niestety nawet najmocniejsze zauroczenie dało się przełamać. Dla mnie przełamaniem było powiadomienie o tym, że powinienem wychodzić na zajęcia.

Wskoczyłem do pokoju i złapałem torbę z zeszytami. Zrobiłem to najszybciej jak potrafiłem, lecz po wyjściu za drzwi nie spotkałem już Paci. Zbiegłem po schodach, mijając po drodze Szymiego, który zachowywał się strasznie spokojnie (jak się potem okazało zrobili mu kolosa z programowania obiektowego na pierwszych zajęciach w tym semestrze i go nie zdał hehe). Szybkim krokiem wyszedłem z budynku.

Odpalając papierosa w drodze na uczelnie obmyślałem plan zagadania do mojej nowej Afrodyty. Zanim wszedłem do sali już go miałem. Ależ to był głupi plan…


@edit: O jeden enter za daleko...
______________________________________
Edytowany 18:47:51 3.9.2018 przez Zadziewiczacz
2018.09.03 18:47:05
Ocena: 10
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41819248

Yraien

316203
1447
Tradycyjny przerywnik
2018.09.04 17:48:29
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41822226

Halven

238242
1368
Odświeżam czekając na kolejną część.
2018.09.08 13:13:11
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41835869

Santorini

31053
180
Zadziewiczacz:
Twoje opowiadania są świetne i nadają się na tak jakby poradnik dla nowego studenta. Zawsze myślałem, że studenci tak bardzo dużo imprezują, a tu dowiedziałem się, że są uczuciowi i mają wiele innych pozytywnych cech Mnie ten zawód czeka za 2 lata, ale w Białymstoku Czekam na kolejne części. Pozdrawiam!
2018.09.09 17:59:53
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41842795

Zadziewiczacz

87354
2850
Misiaczki, przepraszam, że tak długo, ale przenosiny do nowego mieszkanka. I jeszcze ta niesforna dziewczyna się nade mną znęca, aż jej musiałem lustro kupić... (JEŚLI TO CZYTASZ - KOCHAM CIĘ )
A dzisiaj się potknąłem o Pepsi Lime zero kalorii co na podłodze leżała i prawie przez balkonik wypadłem D

Yraien:
Ja te twoje przerywniki to chyba sobie oprawię i nad łóżkiem powieszę, spasiba balszoje!

Halven:
Dziękuję za odśnieżenie, jesteś wielki! A i ten, widzę że jesteś na Infinity. Pamiętam jeszcze, jak Peszosław sam osobiście wysyłał mi zaproszenie zaraz po powstaniu świata. To były czasy! Pozdrów tam starych wyjadaczy, może jeszcze mnie pamiętają

chromosomek:
Na Boga błagam, nie traktuj tego jako poradnik, bo sobie jeszcze życie zmarnujesz Ale dzięki wielkie za miłe słówka



Chciałem porzucić ten pomysł, ale coś nie dawało mi spokoju. Może jednak warto spróbować? Wyszedłbym na prawdziwego głupka, ale może jednak warto?! Z zamyślenia wyrwał mnie Michał, rzucając jakimś tekstem w stylu „A prowadzący je kupe”. A właśnie, Michał, chyba go jeszcze nie znacie.

Był to ziomek, który wychodził na imprezę sam a wracał z pięcioma dziewczynami. Gość był takim Alvaro, że żadna nie potrafiła mu odmówić. Jedyną jego wadą było to, że jego IQ było równe numerowi jego buta. Plusem za to było to, że na każdych zajęciach potrafił rzucić jakiś żart (głupi ale zawsze coś). Przynajmniej do końca pierwszego semestru, bo potem już go z nami nie było. Wygryzły go Chemia, Programowanie Obiektowe i Zarządzanie Środowiskiem, czyli każdy egzamin, jaki tylko mieliśmy na sesji. No cóż, i tak nie miał zaliczenia z matmy, więc przejście na drugi graniczyło z cudem. Potem jeszcze spotykaliśmy się gdzieś na piwku albo jakiejś wódeczce. Kontakt się powoli ograniczał i w końcu całkiem się urwał. A ostatnio nawet się dowiedziałem, że skończył jakieś kursy i teraz jest managerem w pewnej firmie, która wyznaje zasadę „Każdego profesjonalistę da się zastąpić określoną liczbą studentów” (zaczyna się na C a kończy na omarch).

No nic, popatrzyłem na prowadzącego, który właśnie tłumaczył, że macierze to nie sudoku i to się diagonalizuje albo robi metody Gaussa-Jordana a nie wpisuje numerki na pałę. Leonid Plakhta. Tak się nazywał. Nienawidzę go do dzisiaj za to, że jedyne co ludzie na naszym kierunku zapamiętali z matematyki, to „z lewa, z prawa, a szto to, tu jest bljond”. Był z Lwowa, stolicy wszelkiej matematycznej elity. Szkoda, że po polsku nie mówił, bo to już by był Jackpot. Przynudzał strasznie, ale to były ćwiczenia, tak że warto uważać, bo nie wiadomo kiedy może cię do zadania zabrać.

No dobra, powiedział nam, że możemy już wyjść, więc wpakowałem zeszyt do torby, przerzuciłem ją przez ramię i pełny wigoru ruszyłem do akademika. Po drodze była jeszcze jakaś akcja promocyjna Red Bulla i dostałem puszkę za darmo. To było dobre, bo po matmie przysypiałem na stojąco. Nagle zatrzymał mnie znajomy głos.
- E, ty! Chodź tu! – Zgadnijcie kto to. Karol w pełnej klasie. Jak się okazało, od czasu zerwania z Kasią zaczął pić. I to pić całkiem sporo. Nawet teraz był już napruty (była niecała dziesiąta rano). I wiecie co jest najlepsze? To, że zapytał mnie, czy nie pogadałbym z nią na jego temat! Ja! Człowiek, który nawet nie potrafił do niej dobrze zagadać!

Ogólnie po kilku minutach rozmowy wyszło, że w sumie to nie był takim złym gościem. Ba, zaczęliśmy się jakoś dogadywać! Obiecałem mu, że powiem coś Kasi, że może jednak wróci do Karolka. Jak się pewnie domyślacie, ona dalej z nim nie rozmawia, a on znalazł o wiele lepszą dziewczynę. Taki był ze mnie wspaniały negocjator i terapeuta, po prostu zapraszam po porady. Ale, o ile z Kasią nie utrzymuję kontaktu, tak z Karolem prawie co dwa tygodnie chodzimy na bilard i kilka głębszych. Dobrze było go jednak poznać. A nowej dziewczyny jeszcze ani razu nie uderzył.

Po pasjonującej rozmowie o miłości wróciłem do pokoju. Czas na pierwszą fazę planu.
Faza zaintrygowania…

Jako że głównym talentem mojej skromnej osoby było granie w Warcrafta, to nie wiedziałem za bardzo jak sprawić, aby Patrycja się mną zainteresowała. Może pokombinować trochę z gadką? Naaaaah, ja nie potrafiłem zagadać do Mirka o tym, żeby przestał grać na flecie. Albo… Może to mój urok?! Wykorzystam własny urok, w końcu jestem młody i przystojny! Przypomniałem sobie, że jednak jestem taki tylko dla babci, a największy komplement jaki usłyszałem od kobiety to „Nie jesteś taki zły”, jak na balu gimnazjalnym chciałem pogadać z taką Moniką. Hehe, tydzień później zaszła w ciążę z gościem na przepustce z więzienia, jakoś nie było mi jej żal. Ej a może… Rysowanie? W końcu jako doświadczony czytacz mangi wiedziałem jak to powstaje i nawet coś tam w podstawówce rysowałem na konkursy. Po wstępnym szkicu zauważyłem, że nie potrafiłem narysować dwóch prostych linii, więc to też nie wchodziło w grę.

Nie spodziewałem się nawet, że okazja na bliższe poznanie mojego nowego obiektu westchnień pojawi się tak szybko. Otóż nagle do naszego pokoju ktoś zapukał. Niepewnym ruchem złapałem za klamkę. Wahałem się trochę. A co jeśli to ona? Zatka mnie! Nie będę wiedział jak się nazywam!
- Zadziew, słyszę że tam jesteś, otwieraj! – słodziutki głosik czarnowłosej Gosi rozbrzmiał zza drewnianej granicy, która nas oddzielała. Zaraz po otwarciu Gocha zapytała, czy nie wyjdziemy na szluge. W sumie spodobał mi się ten pomysł, więc skręciłem moją fajkę i ruszyliśmy na balkon. W kuchni ktoś coś gotował, śmierdziało sosem rybnym, tak że pewnie jakiś Azjata z Erazmusa. Potem czułem ten zapach częściej, bo jednak nie był to Furkhan tylko Andrzejek a sosik stał przez całą resztę roku akademickiego na parapecie.

Ależ on niemiłosiernie śmierdział. Serio, działał trochę jak takie sole trzeźwiące, tylko zamiast buteleczki z nimi to podawałeś nieprzytomnemu pod nos wielką butlę sosu. Jak się nie zrzygał to znaczyło, że już nie ma dla niego ratunku.

Po przejściu przez oszklone drzwi palarni i odpaleniu papierosów Gosia coś zaproponowała.
- Ej wiesz, bo jutro chcemy zrobić imprezę u nas, może wpa…
- OCZYWIŚCIE! – odpowiedziałem, nawet nie dając jej dokończyć. To była moja szansa! Znowu zaraz po wypaleniu zadzwoniłem do mamusi, powiedzieć jej, że jest jednak taka jedna Patka a nie Kasia. Mama skwitowała to słowami: „ZADZIEW DO CHOLERY KONIEC Z TYMI MIŁOŚCIAMI BO NIE BĘDZIESZ SIĘ UCZYŁ NO *tutaj nastąpiło chwilowe zakłócenie (a tak serio to powiedziała pewne słowo, którego nie można tu pisać)* BO INACZEJ WRACASZ DO NASZEGO PODMIASTA I SIUP DO ROBOTY”. Zgodnie z jej radą coraz częściej myślałem o Patrycji. Głównie na tym zleciał mi ten dzień, bo miałem jeszcze tylko jedne zajęcia, tak że nie musiałem się zbytnio umysłowo wysilać. Tym bardziej, że to były Elementy Informatyki prowadzone przez Szczepanika, który częściej opowiadał o tym, jak Sobieski wygrywał bitwy niż o czymś, co rzeczywiście mogłoby się przydać.
Wróciłem z uczelni. Położyłem się na łóżku, nawet nie zdejmując butów. I tak szczerze, to wtedy nie przeszkadzało mi nic. Ani Mirek, który trenował już kolejną sonatę na flet (właściwie to dalej była Barka), ani Andrzejek, który gdzieś tam przy biurku czytał nową listę tracków na płycie Problemu. Liczyła się tylko ona. A już jutro miałem okazję.
Zasnąłem, a śniła mi się kraina mlekiem i miodem płynąca, pośrodku której stałem ja i ona, moja przyszła narzeczona…
2018.09.10 02:46:31
Ocena: 10
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41845153

Sove

300209
849
Zadziewiczacz:
Jako rekompensatę kolejna część szybciej! ;3

Hahahahahah właśnie przyznano mi dom studencki, DS11 - Bonus
https://scr.hu/ZBgoKkg
Edytowany 20:22:35 16.9.2018 przez Sove
2018.09.10 21:04:55
Ocena: 2
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41847339

Zadziewiczacz

87354
2850
Sove:
Ok, to tak... Sprzątaczki na pierwszym, drugim i czwartym piętrze są spoko. Kierowniczka akademika to już ogólnie cud kobieta. Portierki to - Ewa (brązowe włosy), Basia (siwa), Iwonka (blondynka, spokojna, czasem siedzi z takim facetem na portierni) i Marta (blondynka, energiczna). Pierwsza i dwie ostatnie są świetne, Siwa to lekka służbistka, tak że nie róbcie imprez jak ona jest na wieczór. W piwnicy masz salkę bilardową z krzywym stołem, piłkarzykami i biblioteczką, oprócz tego jest jeszcze siłownia. Pierwsze piętro - lektorium, pralnia i salka telewizyjna. Wszystko rezerwujesz przez http://panel.dsnet.agh.edu.pl/ . I ogólnie to Bonus to akademik Twojego wydziału. A i najważniejsze... REZERWUJ 306 JEŚLI TYLKO MOŻESZ






Pobudka o ósmej. Jakieś dziwne uczucie. Tak jakbym miał kaca, mimo, że poprzedniego dnia nic nie wypiłem… Nie chciało mi się żyć, głowa bolała, kranówa smakowała jak ambrozja. Musiałem się w ciągu godziny wykurować, bo laboratoria z chemii na mnie czekały. Trzy Ibupromy i dwa izotoniki naprawiły ten problem. Wykąpałem się na szybko, wyszorowałem ząbki, popsikałem się jakimś dezodorantem z Auchan za 10 złotych (drogi trochę, ale warto. Dlaczego? Powiem wam później.). Założyłem w końcu spodnie, jakąś koszulkę z logiem Iron Maiden i siup, na zajęcia.

Po wejściu do sali w budynku B5 dowiedziałem się, że trzeba było wydrukować instrukcję do ćwiczenia. Na szczęście zaraz po tym usłyszałem, że wystarczy jedna na dwie osoby. Wszyscy byli już dobrani w pary. Został tylko on… Błażej…

Gdybym miał stwierdzić kto olewał te studia bardziej niż ja, to powiedziałbym bez zawahania, że właśnie on. Z wyglądu beczka śledzi tylko trochę wyższy. Ode mnie też był wyższy, ale to już tylko lekkie spostrzeżenie. Ogólnie to nawet się dogadywaliśmy, wyszło, że mamy podobne zainteresowania (muzyka metalowa, komputery i Jaina Proudmoore). Świetnie się z nim rozmawiało, ale odkąd przegrałem z nim piwo w zakładzie o to, co oznaczają kolory AGH, jakoś przestałem go aż tak lubić.

Po przywitaniu zabraliśmy się do roboty. Musieliśmy coś tam wymieszać z glinem bodajże. Oczywiście, jako przyszli doktorzy, najpierw pomyliliśmy odczynniki, które mieliśmy wlać do próbówki, potem dodaliśmy do tego zły metal, bo chyba sód. Prowadząca stwierdziła, że to cud, że nic nie wybuchło. Podzieliliśmy się też obowiązkami. On wszystko mieszał i dolewał, ja podawałem i pisałem sprawozdanie z doświadczenia. Ogólnie świetnie to musiało wyglądać, dwóch idiotów w kitlach patrzy na etykiety buteleczek i nic z nich nie rozumie, po czym wlewa wszystko do jednego naczynia. A jeszcze lepiej musiało wyglądać to, jak po trzech nieudanych próbach oddaliśmy raport do pani doktor a ona wstawiła nam po piątce. Usatysfakcjonowani, bo jednak zrobiliśmy coś na pałe i zaliczyliśmy, wyszliśmy z sali. Przed budynkiem wyciągnąłem papierosa, poczęstowałem też Błażeja. Powolnym krokiem ruszyliśmy na miasteczko.

Mieszkał w Babilonie na trzynastym piętrze. Pomyślałem, że świetny musiał mieć stamtąd widok, bo nawet z naszego pokoju, na trzecim piętrze, było już widać Kościół Mariacki. Wskoczyliśmy po drodze do Lewiatana, ja kupiłem coś na obiad, on dwa Wojaki. Przy kasie do której podeszliśmy siedział łysy gość, Szymek jak się potem okazało. Wyglądał na uprzejmego i miłego, ale niezbyt chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce. Teraz wiem, że w ciemnej uliczce to on by się co najwyżej zataczał, tak że już się go nie boję. Wyszliśmy ze sklepu, pożegnaliśmy się w miejscu, gdzie teraz jest „Cukiernia Wadowice” (świetne kremówki mają. Serio, nie żartuję teraz!) i rozeszliśmy się do swoich akademików. Na portierni siedziała pani Ewa, brązowe włosy, uśmiechnięta i strasznie życzliwa. Powiedziałem dzień dobry, jak na dobrego studenta przystało i zacząłem wdrapywać się po schodach. Na pierwszym piętrze śmierdziało ziołem, jak zwykle. Drugie piętro – cisza, też jak zwykle. Ale na trzecim, o dziwo, też było cicho. Mirek jeszcze spał? Andrzejek nie miał czego słuchać? Co się stało!

W pokoju było pusto. Rzuciłem torbę na podłogę, ściągnąłem swoje stare trampki i zrobiłem śniadanie. Dla odmiany – płatki z mlekiem. I kawa. Boże, pobłogosław tego, który wymyślił czajnik. Otworzyłem laptopa, rundka po /Pol na 4chanie, kilka r/ na Reddicie, zrobiłem sobie obiadek (kurczak a la Przesolony) i byłem gotowy na imprezę, która miała zmienić moje życie.

Godzina dziewiętnasta. Przypomniałem sobie, że nie mam alkoholu! Szybki spacerek do Lewiatana po Kadarkę Prestiż (dziewięć złotych za siódemkę a smakuje lepiej niż Amarena!) i siup, ubrałem się w jakąś czystą koszulkę z Pierre Cardin, czyli najdroższą jaką miałem, wypsikałem jeszcze raz dezodorantem, podgoliłem bródkę, którą wstyd było pokazywać. Teraz to już mogę podbijać świat.

Denerwowałem się jak diabli. Co chwilę poprawiałem włosy, ćwiczyłem uśmiechy, ale najdziwniejsze było to, kiedy stwierdziłem, że ta koszulka jest słaba i zacząłem ją ściągać. W tym samym momencie do pokoju wszedł Mirek z Gosią, bo zaczepiła go gdzieś na korytarzu i zaprosiła na imprezę. Poczułem się lekko nieswojo, widząc jak ta patrzy na mnie z obrzydzeniem (w sumie sam bym tak na siebie popatrzył, grubas bez ubrania to niezbyt ciekawy widok). Spytała tylko:
- Eeeee… To ten, Zadziew… Wbijasz?
- Taa, tylko… Się przebiorę do końca może… Heh…

Dobra, koniec już z tymi nerwami, teraz byłem bardziej zażenowany sytuacją. W końcu zabrałem butelkę czerwonego półsłodkiego i, razem z Mirkiem, który dla odmiany niósł trunek, który każdy student pił przynajmniej raz (Żubrówka Biała, kocham i nienawidzę), wyszliśmy z pokoju. Od dziewczyn słychać już było jakieś śmiechy. Zapukaliśmy do drzwi.
- PROSZĘ OTWARTE WBIJAĆ! – usłyszeliśmy znajomy głos, jednak wydawał nam się jakiś taki śmielszy? Może bardziej pewny siebie? Nie wiem, w każdym razie dało się poczuć do tego tonu respekt. Była to Marysia, jak się okazało już po połowie wina, więc banan z twarzy jej nie schodził. Szybko obadałem sytuację.

Gosia – jest, Marysia – jest, upośledzeniec od fleta – jest. Patrycja – nie ma.

Wyraz mojej twarzy można było opisać wtedy jednym słowem. Smutek. Zapytałem Mary czy ktoś jeszcze przyjdzie, ona odpowiedziała, że Maciek i Dorian na pewno będą. Ani słowa o niej. I rzeczywiście, chłopaki wpadły jakoś po dziesięciu minutach, każdy uzbrojony w flotę Wojaków. Ale Patrycji dalej nie było…

Po trzech pierwszych lampkach wina rozległ się odgłos otwieranych drzwi. O na Chrysta. Jeszcze nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ona. Patrycja przyszła z koleżanką, Karoliną. Boże, jaka Pacia była piękna. Porozglądała się swoimi szaro-zielonymi oczkami po pokoju. Widać zauważyła kilka nowych ludzi, bo podchodziła i każdemu z nas się przedstawiała. Podeszła do mnie, wyciągnęła dłoń i powiedziała swym anielskim głosikiem:
- Hej, Agnieszka jestem!

CO?

Jaka Agnieszka? Przecież słyszałem, jak Gosia mówiła na nią Patrycja! Na szczęście szybko okazało się, że to taki jej stały fragment imprezy. Otóż Mirkowi przedstawiła się jako Ania, Dorianowi jako Lucyna a Maćkowi jako Kinga ( ej teraz mi się przypomniało, jak raz na sylwestra w akademikach poznaliśmy gościa, który każdemu mówił, że nazywa się Cheops i jest z Egiptu, a tak naprawdę to był Karol, a jego ksywa zabrała się z tego, że po pijaku zrobił piramidę z chusteczek i mówił coś o faraonach ).

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Tak po prostu. I wtedy już wiedziałem, że Pati jest mną zainteresowana. Otóż zawsze odpowiadała, jak rzucałem jakieś randomowe pytanie, śmiała się z moich słabych żartów, uśmiechała się, patrząc w moją stronę. Ona jeszcze nie wiedziała, że zanim przyszedłem na imprezę sprawdziłem skąd jest, jak ma na nazwisko, jak się nazywają jej rodzice, że jest opiekunką salki bilardowej i że ma urodziny w październiku. Tak, przyznam się, lekko ją stalkowałem. Ale to tylko i wyłącznie twoja wina Pacia, gdybyś nie zgrywała niedostępnej (czyli gdybyś mnie zauważyła w łazience, gdzie miałaś na to aż cztery i pół sekundy!) to nie musiałbym tego robić!

Wieczór zleciał nam bardzo szybko. Koło trzeciej w nocy zaczęliśmy się zbierać do pokojów. Ostatni kieliszek Żubrówy, ostatni łyk Kadarki i pa, dobranoc wszystkim! Po wyjściu od dziewczyn zauważyłem, że Mirek coś słabo radzi sobie z chodzeniem prosto. Złapałem go za ramię i zaprowadziłem do nas. Położyliśmy się w łóżkach.

Patrząc w płytę pod górnym łóżkiem już powoli myślałem o tym, jak wdrożyć w życie drugi etap planu. Chrapanie Andrzeja uświadomiło mi, że żaden z nas nie jest idealny… Ale ja musiałem się jak najszybciej takim stać…

A teraz… Kto chce się założyć o to, co oznaczają kolory AGH?
2018.09.18 17:24:24
Ocena: 6
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41875798

KONTO USUNIĘTE

Zadziewiczacz:
Czekam na więcej!
(taktyczny przerywnik)
2018.09.18 18:35:00
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41876134

Halven

238242
1368
Zadziewiczacz:
Jasne :v

Barwami Akademii Górniczo-Hutniczej są zieleń, czerń oraz czerwień. Symbolika barw nawiązuje do tradycyjnej kolorystyki związanej z górnictwem i hutnictwem.

Zieleń odzwierciedla naturę, pola i lasy. Czerń nawiązuje do głębi kopalń oraz symbolizuje cechy niezbędne w zawodzie górniczym i hutniczym, takie jak rozwaga, mądrość i stałość. Czerwień to barwa ognia i roztopionego żelaza.

To jak, co wygrałem?

@Najsik. :3
Edytowany 16:06:25 20.9.2018 przez Halven
2018.09.20 07:26:03
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41881860

Zadziewiczacz

87354
2850
Halven:
No to gratuluję, wygrałeś to:



Całą noc obmyślałem to, jakby stać się kimś idealnym. Primo – otyłość, secundo – nieumiejętność zagadania do kasjerki, że jednak chcesz tego grosza. Do tego jeszcze niezbyt wyjściowa twarz, trzy razy zakończona kampania Warcrafta i konto na Margonem, co niezbyt zachęca dziewczyny do tego, aby pomyśleć o mnie jak o potencjalnym partnerze. Robiło się jasno, zadzwonił budzik a ja nadal nie wiedziałem co zrobić. Wstałem, odpaliłem czajnik. Zrobiłem sobie dwa tosty, myśląc jak zaimponować Patrycji.

A właśnie, bo jeszcze wam nie powiedziałem.
Etap drugi.
Zaimponowanie.

Jako, że miałem wolne, mogłem sobie pozwolić na cały dzień rozmyślania. Nawet nie do końca wiedziałem, jaka ona jest. Wyglądała na spokojną, ułożoną dziewczynkę, zawsze dzień dobry mówiła. No szara myszka dla studenciaka.

Wiedziałem, że nie zaimponuję jej pieniędzmi, bo po pierwsze – nie robiło to na niej wrażenia, a po drugie – nie miałem czym imponować. Może wystarczyłoby jakoś z nią pogadać, albo coś… Pomyślę o tym jak już pójdę po coś na obiad do Lewiatana.

Ubrałem koszulkę i jakieś długie spodnie, które akurat były pod ręką, skręciłem papierosa, zjadłem tosty. Zapomniałem zalać sobie kawy co prawda, ale i tak byłem wystarczająco pobudzony. Wyszedłem z pokoju. Zbiegłem na szybko po schodach, otworzyłem drzwi na zewnątrz. Ale nagle usłyszałem głos portierki.
- Halo Zadziew, dokąd to tak szybko, przyszła do ciebie paczka.

Czekeeeeeeej, jaka paczka? Ja nic nie zamawiałem… Popatrzyłem na nią i rzeczywiście, była do naszego pokoju. Ale nie na moje nazwisko. „Mirek Gałecki” – to przeczytałem na kartce przyklejonej do kartonu. Poza tym pudło było spore. Takie serio spore, zajmowało jedną półkę na regale pod oknem. I ciężkie. No nic, powiedziałem pani Marcie, że zawołam kolegę jak wrócę ze sklepu. Szybkim krokiem ruszyłem do Lewka.

Teraz zastanawiałem się jednocześnie nad tym, jak zaimponować Patrycji i nad tym, co było w pudle. Stoisko mięsne. Zabrałem jedną pierś z kurczaka. Warzywniaczek. Worek ziemniaków, ogórek i cebula. A może serio spróbować coś z gotowaniem? Nabiał – śmietana. Na przyprawach chilli i jakieś zioła tajskie czy coś w tym stylu. Stoisko azjatyckie – sos sojowy jasny. Przecież chyba nie robię aż tak złego jedzenia, żeby Patrycja go nie spróbowała… Półki z rzeczami codziennego użytku – rękawy do pieczenia i folia aluminiowa. To już chyba wszystko, do kasy. I to były chyba moje najdroższe zakupy w Lewiatanie. Od tamtej pory po wszystko jeździłem do Auchana na Bronowicach.

No okej, chciałbym jej zaimponować gotowaniem. Ale jak to zrobić? Wbiję do pokoju dziewczyn z obiadem i powiem, że tak jakoś przez przypadek wyszedł mi dla dwóch osób? Nieee, to nie ma przyszłości. Może jakoś by ją zwabić do kuchni? Nah, to jest głupie. Gdybym tylko miał teraz możliwość z nią poga…
Patrycja.
Na balkonie.
Pali.
A ja dalej mam szlga.

Podbiegłem do pokoju, zrzuciłem wszystko na ziemię i krzyknąłem tylko „MIREK PORTIERNIA WSTAWAJ!”. Pośpiesznym krokiem szedłem na palarnię. Ba, to był prawie trucht. Otworzyłem drzwi.
- O hej… Zadziew? – anielski głosi rozniósł się w mojej głowie niczym dym papierosowy po balkoniku. Ahh, to była ulga.
- No cześć Pati, co taka cudowna dziewczyna jak Ty robi tu sama? A, bo jeszcze nie wiesz, podobasz mi się, tak bardzo bardzo…
-Ohh, wiesz, Ty mi też Zadziew… Haha, ale fajnie wyszło…

Nie no nie ukrywajmy, ta rozmowa wyglądała tak tylko w mojej wyobraźni. Przywitałem się, lekko łamiącym głosem (serio ciężko jest wytrzymać przy kimś tak pięknym). Skwitowała to tylko lekkim uśmieszkiem i zaczęła mówić.

Jezusie, rozmawialiśmy chyba naprawdę o wszystkim. Trochę przeraziło mnie to, jak bardzo rozgadana jest, co, o ile się nie mylę, nawet jej wypomniałem w pewnym momencie. Byłem zasypywany przez potok słów, nie było żadnego tematu tabu. Wypaliliśmy papierosy, ale nawet to nam nie przeszkadzało. Trwało to z dobre pół godziny. Potem poczęstowała mnie papierosem (tak, wypaliliśmy dwa papierosy w ciągu godziny, to już rak) i, jakbyśmy znali się już od dawna, nie przerywaliśmy konwersacji. Jak się okazało tak wciągającej, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęła godzina. Przewinęło się wtedy przez naszą małą palarnię mnóstwo ludzi. Niektórzy nawet po dwa razy. Aż w końcu przyszła Gosia.
- O, hehe, gołąbki, co tam u was? – po tym pytaniu i ja i Pati zrobiliśmy się czerwoni jak buraki. Oczywiście zaczęło się „Eeeeee, jakie tam gołąbki”, „MY RAZEM CO TY HEHE”. Mimo wszystko było mi trochę smutno, że nie potrafiłem obrócić tego w jakiś żart. Albo przynajmniej powiedzieć coś a la „No a co, zazdrosna?” Tylko tak siedziałem i zaprzeczałem wszystkiemu, co rzeczywiście czułem.

Po tej wspaniałej godzinie wyszliśmy z balkoniku. Zabrałem rzeczy do gotowania i poszedłem do kuchni. Nie udało mi się namówić Patrycji na obiad (może dlatego, że nawet nie dałem rady powiedzieć jej, że coś będę robił). Wypakowałem kurczaczka, natarłem go lekko olejem z przyprawami, dodałem trochę sosu sojowego i siup, do rękawa. To na blachę wyłożoną folią aluminiową. Obok kurczaczka położyłem pocięte w ćwiartki i obrane ze skórki ziemniaki, też wymieszane w oleju z przyprawami. Piekarnik na 220 i wrzucamy na jakieś 30 minut. Kiedy zaczynałem robić sałatkę poczułem jakąś dziwną obecność… To była ona… Moja kulinarna nemezis…
2018.09.20 23:46:33
Ocena: 9
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41885375

Halven

238242
1368
Ten przerywnik dedykuję pewnemu uzdolnionemu fleciście.

Czekam(y) na więcej.
2018.09.21 14:37:27
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41886577

Lerain

316717
2797
Zadziewiczacz:
Jako student (od 01.10) mam wrażenie, że jak nie palę to nie zaproszą mnie do żadnego akademika
Tym bardziej, że na moje (nie)szczęście sam jestem z Krakowa

Pozdrawiam i też czekam na więcej
2018.09.25 23:44:54
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41909505

Firrael

2071327
3637
Zadziewiczacz:
Tak jeszcze a propos kolegi flecisty - mój nowy współ z pokoju w akademiku gra w kapeli metalowej, a do pokoju zabrał elektryka i wzmacniacz. Pozdrawiam całe piętro B)
2018.09.30 19:28:59
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41927887

Zadziewiczacz

87354
2850
No to tak, pierwsze - przepraszam że tak długo nic nie było, ale byłem chory i czasem też wczorajszy, ale to już historie na później... Teraz leci słabsza część, bo napisałem ją na szybko, za co też przepraszam heeee. I po drugie...

Li-Czi:
Słuchaj byku, ważne że pijesz, o palenie nikt się nie pluje

Firrael:
O, to tak samo jak Maciek, ale o tym troszkę później. W każdym razie też miał przez pewien czas elektryka z piecykiem

Sove:
I teraz taktyczne pytanie do Ciebie. Masz 306? I czy nie chciałbyś zgadać się na jakąś lekką alkoholizację?





W sumie to do teraz nie wiem jak ma na imię. Dlatego nazwijmy ją Zuza. O, to nawet pasuje. Ogólnie to chodziła prawie zawsze w bluzce w paski, nosiła okulary i miała krótkie włosy. Nie potrafię opisać jej lepiej.

Dlaczego jest to moja nemezis zapytacie. A no dlatego, że prawie zawsze jak coś gotowałem, to mówiła mi, że ona robi to inaczej. Najlepsze to było, jak kiedyś robiłem pizze i sobie zblendowałem pomidory, czosnek i kilka przypraw, a ona mi na to, że „Hehe, ja to zawsze na spód daję ketchup z ziołami i jest lepsze”. Tak szczerze, to była nawet fajną osobą do pogadania, ale te uwagi, że coś tam jest super a coś innego nie mnie lekko denerwowały.

I tak weszła Zuza, jak akurat robiłem sałatkę. Przywitaliśmy się i już wtedy wiedziałem, że to jest ktoś, z kim w sprawie jedzenia się nie dogadam.

- O, sałatka, a co tam w piekarniku jest? Oooo, kurczaczek z ziemniaczkami. Ja robię na patelni, bo wiesz, hehe, wolę mieć kontrolę nad swoim drobiem. – wypowiedziała to bardzo płynnie, tak jakby przed wejściem do kuchni przygotowała sobie cały ten monolog na kartce i ćwiczyła go przez tydzień. Aż dziw bierze, że nie okrzyczała mnie za to, że do sałatki żadnego sosu nie dodaję tylko śmietanę normalną. Odpowiedziałem jej tylko, że heh, tak trochę zgłodniałem i nie chciałbym, żebym z tego głodu umarł. Ona tam coś jeszcze pogadała, nie słuchałem nawet za bardzo. Pokroiłem jeszcze cebulkę i zabrałem swoją zdrową mieszankę do pokoju.

A tam zobaczyłem Mirka. I w końcu dowiedziałem się co było w paczce. Wzmacniacz. Taki do głośników.

I to był początek nowej ery imprez w naszym pokoju. Otóż Miruś dokupił do tego wzmacniacza jeszcze dwie kolumny Pioneera, nie pamiętam teraz jaki to był model, ale wiem, że dawały radę. Ba, mało powiedziane, te głośniki to był majstersztyk. Jak coś na nich puszczaliśmy, to nawet na międzyjamniczu było słychać. Zazwyczaj były to jakieś piosenki w stylu „Wódki” Kultu. Kiedy ja obejmowałem dowodzenie to leciały przeważnie metalowe ballady albo KSU (w końcu jestem z Bieszczad, kto tam nie słucha tych punków). ALE ANDRZEJEK! Ten to puszczał złoto. Rap od A do Z. Jednak wszystkich wykonawców nie podam, bo po pierwsze za dużo, a po drugie – nawet ich nie znam.

Raz odkryliśmy taką piosenkę Ying Yang Twins „Wait”. Jak ją odpalaliśmy na wzmocnionym basie to Dorian do nas wbijał i narzekał, że mu kieliszki na półce skaczą (serio, raz nam pokazał, cały regał właściwie ruszał się do rytmu ). Kiedyś Maciek poprosił nawet, żebyśmy już tego nie puszczali, bo dosyć mają.

No ale do głośników jeszcze wrócimy, bo to bohaterowie wielu nieprzespanych nocy. W każdym razie popodziwialiśmy nowy sprzęt, podłączyliśmy kabelki, postawiliśmy go na półce i musiałem iść po mięsko z ziemniaczkami, tak, co by się nie przypaliły.

W kuchni siedziała Gosia. Rozmawiała z kimś przez telefon. Otworzyłem piekarnik. Oesusie ten zapach, po prostu jakbyś wszedł do ekskluzywnej restauracji. Po wyrazie twarzy Gochy widziałem, że sama chciałaby to szamać. Nawet umówiliśmy się wtedy, że będę ją uczył gotować, ale niestety z tego nic nie wyszło, bo przypominało nam się to albo kiedy byliśmy pijani, albo kiedy już zjadła obiad. W każdym razie wysypałem sobie całe żarcie na talerz i już powoli miałem wychodzić do pokoju, kiedy nagle pojawił się on…

Dobra, nie będę zmieniał imienia, bo nie mam siły niczego nowego wymyślać. Konrad. To był człowiek, któremu można było jedzeniem płacić za wszystko. A nawet jakbyś nie zapłacił to i tak by ci to jedzonko ukradł. Wysoki, przystojny, całkiem spoko jeśli chodzi o wygląd. Ale najlepszy to był jego śmiech. Coś jakby Goofy pomieszany z tym śmiechem Voldemorta w ostatniej części Harrego Pottera. Ależ on był denerwujący. Jednakże teraz powiedziałbym nawet, że brakuje mi kogoś takiego. Przywiązaliśmy się do niego…

A najlepsze to i tak było, jak w tym tygodniu umówiliśmy się na miasteczku na piwo naszą starą ekipą i był tam też Kondzio. Pierwsze co zrobił to mi chipsy ukradł, taki głodny był hehe. No cóż, niektórzy ludzie się chyba nigdy nie zmienią.

Oczywiście ukradł mi ziemniaka z talerza jeszcze zanim zdążyłem mu powiedzieć cześć, co było smutne, bo naprawdę byłem cholernie głodny. Wróciłem do pokoju, złapałem za widelec i właśnie wtedy, kiedy już miałem wbijać go w kurczaczka rozległ się huk. Coś się stało na korytarzu…
2018.10.12 01:43:12
Ocena: 8
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:41971511

Sove

300209
849
Zadziewiczacz:
Przerywnik
2018.10.19 17:10:41
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42003485

Alexiya

315733
1066
Tyle czasu minęło i cisza, odświeżę troszkę, może doczekamy się kolejnych części
2018.11.08 17:01:27
Ocena: 3
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42106020

Zadziewiczacz

87354
2850
ELUWA JAJUWA MISIACZKI

Przepraszam, że tak długo nic nie było, ale jestem od jakiegoś czasu zawalony pracą (ostatnie kilka dni to było po szesnaście godzin przed komputerkiem, zdalnie i w biurze), ale obiecuję wam, że już jutro, jak w końcu wrócę na mieszkanie to właśnie w tym poście pojawi się nowa część. Zaniedbałem was i jest mi teraz naprawdę głupio, tak że nie zabijcie mnie, plox :c


Sove:
Pana to bym po prostu na rękach nosił za ten przerywnik, ale niestety za słaby jestem chyba

Zauroczenie:
Doczzekacie się, doczekacie misiaczki
2018.11.17 23:58:26
Ocena: 3
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42148143

Yraien

316203
1447
Cyk przerywnik
2018.11.18 11:03:23
Ocena: 0
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42149012

Zadziewiczacz

87354
2850
Yraien:
Ale ja za tobą tęskniłem

Sove:
Pana zapraszam jutro o 21 do klubu Zaścianek na miasteczku studenckim (jak wyjdziesz z Bonusa to w stronę kebabika Luny, potem znowu w prawo i prosto, aż przejdziesz przez grillowisko, potem w lewo i jesteś w Zaścianku). Tam w poniedziałki jest coś takiego jak śpiewogranie, jestem co tydzień, można się podrzeć, czasem pograć na jakimś instrumencie. Będę ubrany w koszulkę z Helloween "My God Given Right" i możliwe, że niebiesko-czarną koszulę z oberwanymi rękawami. Podejdź, zagadaj, nie gryzę a może nawet piwo postawię



Podskoczyłem na krześle, nawet trochę mnie to przestraszyło. Otworzyłem drzwi, wyszedłem ze składu, a tam najsmutniejszy widok w moim życiu. Serio, wtedy naprawdę pierwszy raz zrobiło mi się tak bardzo żal człowieka.

Furkhan stał na środku korytarza. Zaraz obok niego leżało rozbite piwo. W jego oczach rozpacz, wyglądał jakby miał zaraz uklęknąć i zacząć płakać, jak Aragorn w Władcy Pierścieni. Podszedłem do niego, położyłem rękę na barku i powiedziałem tylko: „Wszystko będzie dobrze”. On popatrzył na mnie, uśmiechnął się w bardzo nieszczerym uśmiechu i pokiwał głową, zgadzając się. Potem, powolnym krokiem poszedł do kuchni, zabrał stamtąd miotłę i szufelkę. Pozamiatał pysznego Żywca, przejechał po tej plamie mopem i w swym marszu pokutnym ruszył do pokoju. Ja zabrałem z niego przykład, w końcu mój obiadek byłby zimny (ale tego smutku w oczach nigdy nie zapomnę).

Delektując się ostatnim kęsem kurczaczka spoglądnąłem za okno. Było jakoś tak dziwnie jesiennie. Mało ludzi na alejkach przed Kapitolem, kolejka do Lewiatana też jakaś taka niewidoczna. Liście robiły się powoli pomarańczowe, co przypomniało mi o Ewie, koleżance z liceum. Miała piękne, rude włosy, zielone oczka i piegi, które zasypywały całą jej twarzyczkę. Mało brakowało i w drugiej klasie zaczęlibyśmy ze sobą chodzić, ale okazało się, że zarywała do mnie tylko dlatego, żeby zrobić sobie jaja z grubasa, jakim byłem. Cóż, smutne trochę, jednak w miarę szybko wykurowałem się z tego załamania. Co prawda większość dziewczyn od nas śmiała się ze mnie do końca trzeciego roku, co ja skwitowałem tylko pięknym „[TU WKLEJ BARDZO NIECENZURALNE SŁOWA]” po napisaniu matury. W sumie Ewa była ładna. Nawet bardzo. Ale tylko z wyglądu.

- ELUWA! – głos Andrzeja wyrwał mnie z zadumy. Chciał pić. Pić dużo. Wódki i piwa. A i wina, kochaliśmy wino. Niewiele myśląc zgodziłem się na to (chociaż wiedziałem, że to ja będę musiał sprzątać łazienkę po powrocie). Zgarnęliśmy też Mirka i ruszyliśmy w bajlando. To były pierwsze i ostatnie zajęcia jakie w tamtym semestrze opuściłem.

Napiliśmy się z Maćkiem i Dorianem. Potem razem zgarnęliśmy Konrada, bo okazało się, że to ich znajomy z poprzedniego roku (wtedy mieli mieszkać na pierwszym piętrze, ale okazało się, że dostali pokój małżeński ). Zawitaliśmy do dziewczyn, Patrycji niestety nie było, ale już tam zostaliśmy.

Ok., lekka zmiana tematu. Wyobraźcie sobie królika zamkniętego w klatce, którego ktoś przez cały czas karmił mięsem i on cały czas chciałby więcej. Taki zajec na sterydach, co by metalowe pręty przegryzł. Tak właśnie wyglądała Marysia, kiedy wypiła wódki. Odpalał jej się agresor i to taki, że naprawdę strach było jej dotknąć. Ale jednocześnie zostawał w niej jakiś pierwiastek tego miłego futerka i słodyczy króliska.

Ogólnie to dobrze się złożyło, bo wszyscy byli już po zajęciach, więc mogliśmy grzać do wieczora, ale po tym, co się stało koło dwudziestej stwierdziliśmy, że nam już wystarczy. Otóż skończył się alkohol. Nasz bojowy królik Mary stwierdziła, że pójdzie do Lewka. Dziewczyna ledwo na nogach stała, ale była uparta bardziej niż ktokolwiek, kogo znam. Wyszła z pokoju, Maciek pobiegł za nią, ja za Maćkiem. Nagle usłyszałem taki odgłos, jakby ktoś walnął młotkiem w płytkę. Zszedłem piętro niżej a tam Maryśka leży na podłodze i się śmieje. Maciuś klęczy nad nią i trzyma jej chusteczkę przy czole. Po jej brwiach spływa krew.

Co się stało zapytacie? A no to, że nasza droga dziewczynka pomyślała sobie, że niemiły pan gitarzysta ją chce gonić i zaczęła uciekać. Ale nie przewidziała tego, że może na przykład, hmm, no nie wiem, potknąć się na przedostatnim schodku. W jej stanie to cud, że aż tyle przeszła, ja zakładałem że nie dojdzie do kuchni.

Z dołu przyszła portierka, Iwonka, zaalarmowana dziwnymi dźwiękami, gdzie wyzywanie Marysi od głupków łączyło się z jej rubasznym śmiechem. Jak zobaczyła co się dzieje, to prawie sama spadła ze schodów . Krew na podłodze, krew na chusteczce, krew na sweterku, krew na Maćku. To było serio przerażające. W każdym razie poszedłem z panią Iwoną na portiernię, skąd zabraliśmy apteczkę. Podczas wychodzenia na to drugie piętro czułem się jak jakiś rycerz na białym koniu, wybawca i medyk pierwsza klasa. Przykleiliśmy jej plasterek, bo mimo tego, że mocno krwawiła, to jednak rana była mała. Gorzej jednak było na następny dzień.

Otóż uwaga, rewelacja. Mary złamała sobie rękę w nadgarstku, tylko, że była a tyle pijana, że tego nie czuła. Zabraliśmy ją na SOR do Narutowicza, gdzie lekarz powiedział, że takiego złamania to już dawno nie widział .

I tak oto, kiedy czekaliśmy z Maćkiem na Marysię, rozległ się dzwonek. Ktoś do mnie dzwonił. Ktoś z kim nie chciałem rozmawiać…
2018.11.18 19:52:31
Ocena: 3
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42152401

Alexiya

315733
1066
Przerywnik i czekam na kolejną część
2018.11.20 18:21:34
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42159723

Zadziewiczacz

87354
2850
No cóż, w tamtym tygodniu nie wyszło, to może teraz.

Sove:
Będę jutro w Zaścianku, znowu koło 21-22 i będę tam siedział do jakiejś 1-2 w nocy, ubrany tak samo jak tydzień temu, czyli Helloween "My God-Given Right" i niebiesko czarną koszulę w kratę bez rękawów. Nie zawiedź mnie



Marcin. To imię jakoś tak sprawiało, że miałem ochotę zwymiotować. Kim był zapytacie? Moim bratem. Właściwie to on sam mnie nie odstraszał, ale jednak wiedziałem, że gdzie on tam i Monika, jego żona są razem już od jakiś dwunastu lat teraz. To o dwanaście za dużo. Monia zachowywała się, jakby tak przez ostatnie kilka lat czekała na okres. No po prostu jej nie lubiłem. A najgorzej to było jak już im się córka urodziła. Ale o tym, jak prawie utopiłem ją w wodzie święconej kiedy indziej.

No i właśnie ten Marcin do mnie wtedy dzwonił. Mimo, że nie chciałem z nim rozmawiać, to odebrałem, bo jeszcze by mamusi naskarżył.
- No szej Zadziew, co ta... TAK KOCHANIE JUŻ CI PODAM HERBATKĘ MISIU! No to co tam? - po tym już wiedziałem, że niestety nie był w pracy ani w drodze z niej, tylko w domku.
- A no nic, spokojnie całkiem, może nawet do ciebie wpadnę na pi...
- NOMONIAKOCHANIEROZMAWIAM NIE MOGĘ TERAZ! No tak, spoko wpadaj jak chcesz to ci pokażę jakie mi wino wyszł... MONIA JUŻ IDĘ ŻABCIU... No to ten, muszę kończyć, elo.

Jezusie jak dobrze, że tak rzadko z nim rozmawiam, bo te jęki jego żony w tle są po prostu nie do wytrzymania. Maciek tylko na mnie popatrzył i zaczął się śmiać. Zapytałem o co chodzi, a ten do mnie:
- Dobrze, że Patrycja taka nie jest hee.
W sumie nawet o tym nie pomyślałem, ale chyba jednak było widać, że na nią lecę. Też nawet jakiś taki uśmiechnięty się zrobiłem po tych słowach. Czerwony, ale uśmiechnięty.

Na Marysię się nie doczekaliśmy, bo po dwóch następnych godzinach okazało się, że musi zostać na obserwacji przynajmniej jeden dzień. Ale ogólnie to ręka będzie działać, więc nie ma się co martwić. Jeszcze odwiedziliśmy ją na sali, gdzie leżała z gipsem do łokcia prawie . Uśmiechnęła się z lekkim wstydem, powiedziała jak fajnie było że znieczuleniem miejscowym i że lekarz się śmiał z niej jak powiedziała w jaki sposób sobie ten nadgarstek zepsuła (każdy się z niej właściwie śmiał, ale nie chcieliśmy, żeby było jej przykro).

Po jeszcze kilku żarcioszkach zaczęliśmy się zbierać. Maciek założył bluzę, pożegnaliśmy się z Marysią i wyszliśmy. Oczywiście przed jazdą na miasteczko po papierosiku (dostałem do niego Davidoffa złotego, bożusie, jakie one były dobre). Ledwo co go wypaliliśmy, a tutaj 164 na horyzoncie się pojawił. Wsiadamy. Kierunek - Plac Inwalidów. Czyli w sumie czwarty przystanek. Jednak taka krótka przerwa nas nie powstrzymała przed tym, żeby na nim też spalić szluga.

I to właśnie wtedy spotkaliśmy Teveza. W sensie nie tego piłkarza, tylko mojego znajomego z liceum. Nazwijmy go Daniel. Nie no w sumie to i tak będę o nim Tevez pisał i mówił. Ale skąd się wzięła ta ksywa? I to jest właśnie magiczne, bo zupełnie nikt, wliczając w to niego, tego nie wie. Jednak każdy wie o tym, że to jest po prostu Tevez. Od zawsze.

Od zawsze było też wiadomo, że jak się Zadziew z Tevezem spotkają, to nikt nie ujdzie z tego trzeźwy. I tym razem mnie nie zawiódł. Zaproszenie na wieczór przyjąłem z otwartymi rękami. Miałem jeszcze Andrzeja zabrać, ale ten jak się zorientował, że Mary leży u Narutowicza, to ogłosił wielką żałobę i jak najszybciej do niej pojechał (znaczy i tak następnego dnia zachlał wódy jak świnia ale cóż). Maćka tak profilaktycznie też zaprosił, ale ten się wymigał, że niby ma plany (grał w pokera popijając najtańsze whisky z Auchana).

Na miasteczko dojechaliśmy pięćset jedynką. W drodze do akademika rozmawialiśmy przez chwilę o tym, jakie to szczęście, że Marysia jednak była w na tyle dobrym stanie, żeby dziaiaj ją do szpitala zabrać. Oczywiście już na portierni przywitała nas wkurzona mina pani Marty i odgłosy fleta dochodzące z znanego wam już pokoju. Serio, portierka była tak wkurzona Mirkiem, że nawet na dzień dobry nie odpowiedziała. Wyszliśmy na trzecie piętro, otworzyłem drzwi, zabrałem słuchawki z łóżka i pierwsze co, to puściłem sobie na nich Judas Priest "Painkiller", byle by tylko tego idioty nie było słychać. Zabrałem z lodówki kilka rzeczy i poszedłem do kuchni, co by sobie jakiś obiadek zrobić. Odpaliłem palnik, zalałem garnek wodą, dosypałem trochę soli i starałem się to zagotować, co niestety na tamtych kuchenkach wcale takie proste nie było. Metallica - Master of Puppets. Samo się odpaliło, spoko, może być, chociaż wolałbym Helloween. Ok, na powierzchni zaczęły pojawiać się jakieś bąbelki. Co prawda już po tym, jak zrobiłem na patelni kurczaka w sosie pomidorowym. Wrzuciłem do gara torebkę ryżu. I czekałem. Znowu. Jednak tym razem poleciało "Dr Stein" a zaraz po nim odpalił się "Keeper of the Seven Keys", więc nawet trochę zadowolony byłem.

Ale kiedy zobaczyłem kto wszedł do kuchni, gdy ja byłem zajęty kontemplowaniem Helloween, to już po prostu byłem w skowronkach...
2018.11.25 18:12:02
Ocena: 4
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42181273

Ingram Friser

323334
3495
Przerywnik, bardzo przyjemnie się czyta.
2018.11.25 20:51:51
Ocena: 1
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42182383

Septius

216402
2205
Kozackie to <3 Już wiem na kim się inspirować
2018.11.26 14:22:15
zgłoś | ignoruj | cytuj | ID:42184145
Początek strony Strona: [1] [2]

Tylko zalogowani gracze mogą pisać posty

Forum Margonem > Publicystyka > Toster i czajnik - zawód student

Podaj powód dlaczego oceniasz post na

Pozostało ważnych głosów na dziś: 0, po przekroczeniu limitu
Twój głos pokaże się przy wiadomości, ale nie doliczy się do reputacji gracza.


* pole nieobowiązkoweLimit znaków 0/50

Zgłoszenie postu do moderacji.
Poniżej możesz podać powód Twojego zgłoszenia.

Pamiętaj, że za bezsensowny komentarz możesz otrzymać knebla i stracić swoją reputację.

Limit znaków 0/150

-- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -- -
AND grp=0